piątek, 27 czerwca 2014

Osaczanie Peety Mellarka.

Utopiony w nienawiści.
Dzień I
Nie czuję nóg. Obraz raz ciemnieje, raz jaśnieje. Gdy otwieram oczy razi mnie światło bijące z lamp żarowych na suficie.
- Do celi z nim – słyszę czyjś mrożący krew w żyłach ton.
Nie wiem gdzie jestem i co się dzieje, ale wiem, że część mego ciała została sparaliżowana. Chyba jacyś ludzie, dosłownie ciągną mnie do jakiegoś pomieszczenia. Może zaraz zobaczę Katniss? Jeżeli jej się coś stało... Nie, nie mogło się jej nic stać. Haymitch mi obiecał, a on dotrzymuje obietnic. Ale może misja nie miała powodzenia, może ją skrzywdzą? Tak właściwie jaki cel miała misja? Czy można nasz prywatny układ nazwać misją? Jeżeli zobaczę tą drobną i niewinną brunetkę, która walczy jak młoda lwica, ochronię ją przed każdym, nawet najmniej bolesnym ciosem.
- Mellark – warczy ktoś, a ja unoszę głowę i podnoszę powieki. Obraz zaczyna mi migotać przed oczami. - Mellark, zabawa się zaczęła. Teraz już nie ma Igrzysk, teraz jest wojna – głośny śmiech rozbrzmiewa w moich uszach.
Jak podejrzewam, strażnicy pokoju rzucają mną na zimną podłogę z betonu. Walę ramieniem o nieprzyjemny materiał i od razu wyczuwam, jak moja skóra rozrywa się i zaczyna z niej cieknąć krew. Teraz jednak mniej mnie to obchodzi. Gdy słyszę szczęknięcie zamykanych drzwi, chcę się zerwać i spytać o czym oni mówią. Nie daję jednak rady wykonywać jakichkolwiek ruchów, więc leżę bezwładnie i patrzę tępo w drzwi. Ze szpary, jaka jest między barykadą, a podłogą, dociera do mnie blask. W ciemności widzę tylko to, ale światło w mroku szczypie w oczy jeszcze dotkliwiej. Zaczęła się wojna, powtarzam sobie w duchu. Gdzie jest Katniss? Złapali ją? Haymitch zdołał jej pomóc? Nie wiem. Nie mam pojęcia. Na żadne z pytań nie mam odpowiedzi. Wiem tyle, że zaczęła się wojna, która ciągnie za sobą tysiące ofiar. Zabici ludzie, bezbronne dzieci, krew, wszędzie krew. Nagle drzwi się otwierają. Patrzę lekko przymrużonymi oczami na ludzi, którzy bez żadnych skrupułów szarpią mnie do góry i sadzają na jakimś krześle, które pojawiło się nie wiem skąd. Cienie, które wyróżniają się na blasku świateł wymieniają jakieś zdania między sobą i wtedy jeden z nich podchodzi do mnie, nachyla się i patrzy z rozbawieniem prosto w moje oczy, a ja nie mam siły, aby podnieść powieki i odpowiedzieć tak samo pogardliwym spojrzeniem.
- Zostawcie nas – nakazuje mężczyzna stojący przede mną.
  Facet ten szczerzy zęby, a do mnie dociera mocny zapach mięty. Kapitolińska przesada, myślę. Pozostali towarzysze wychodzą i zostajemy sami. Gdy drzwi się zamykają, czerwonowłosy prostuje się i spogląda na mnie z góry.
- Mów co wiesz o powstaniu i rebeliantach, to potraktujemy cię łagodniej – warczy.
- Nic nie wiem – burczę przez niewładne wargi. - A nawet gdybym wiedział, to bym nie powiedział – dodaję po chwili, aby pokazać, że nie pójdę na współpracę.
- Dobrze – odpowiada spokojnie. - Jeżeli nie chcesz mówić, pogadamy inaczej – zaczyna ryczeć, a po całym pomieszczeniu rozchodzi się echo.
  Czuję niesamowity ból, gdy mężczyzna uderza mnie pięścią prosto w mostek nosa. Jego ciosy bez wahania i w niewyobrażalnym tempie biją w moją twarz, a ja czuję jak puchnie mi jej każdy centymetr. Nie mogę nawet ruszyć nogą, ani ręką. Gdybym dał rady, stawiałbym się, szarpałbym się, ale nie jest mi to dane. Gdy skóra pod okiem i w okolicach wargi zostaje rozerwana do granic możliwości, zaczynam zapadać w sen. W ostatnich chwilach świadomości powtarzam sobie, że nie powiem nic, co mogłoby zagrozić Katniss lub rebeliantom. Będę ją chronić do końca swego nędznego życia. Poświęcę się dla niej, ale nie pozwolę jej zranić. Kapitol nie będzie ze mną pogrywał. Katniss Everdeen zawsze będzie moją sojuszniczką, a nawet kimś więcej i zawsze będę jej bronić.


Dzień II

- Powtórzę jeszcze raz. Nazywam się Antonius Clause. Wiemy, że jesteś w spisku z rebeliantami. Jeżeli zaczniesz mówić, będziemy cię traktować jako gościa, a nie więźnia. A więc, słucham – mężczyzna chodzi to w prawo, to w lewo i patrzy na mnie z ukosa.
Przyglądam się ostrym rysom twarzy przesłuchującego, które dostrzegam mimo napuchniętego policzka. Najbardziej boli mnie jednak nos. Chyba jest złamany, a nikt nie ma raczej zamiaru go opatrzyć, choć nie obchodzi mnie teraz ból, jaki wydobywa się właśnie z niego.
- Nic nie wiem – warczę cicho.
- Nie kłam – mężczyzna o nienaturalnie czarnych włosach podnosi głos.
- Nie kłamię. A nawet gdyby, to bym wam nie powiedział prawdy – spluwam prosto pod buty (prawdopodobnie) przełożonego Snowa.
- Dobrze. Jeżeli nie chcesz mówić, to inaczej to rozegramy. Mam nadzieję, że ból ci nie przeszkadza.
Facet poprawia mankiety i zadzierając głowę do granic absurdu. Wychodzi. Oddycham z ulgą, a moje mięśnie trochę się rozluźniają. Ręce, które wygięto mi do tyłu i związano jak najmocniej, zaczynają boleć. Nie czuję dłoni, bo liny, jakie otaczają przeguby są tak zaciśnięte, że do moich palców nie dochodzi krew. Nie wiem czy mam jeszcze dłonie czy nie, ponieważ nie daję rady nimi poruszać. Twarz napuchła od uderzeń, a z rozszarpanej skóry pod okiem leniwie leje się krew. Głuche walnięcie drzwi sygnalizuje czyjeś wejście. Spoglądam w tamtą stronę i dostrzegam strażnika pokoju, który trzyma w dłoni żelazo rozgrzane do czerwoności. Moje spojrzenie przykuwa nagle rozbłyskujące światło, które pojawia się na ścianie po mojej prawej. Patrzę tępo na szybę, za którą stoi Aurelius i jego ekipa.
- Mam zaczynać? - Strażnik pyta przełożonych stojących za szybą.
- Proszę, panie komendancie – nakazuje Aurelius.
Na początku nie za bardzo rozumiem co się ma stać, ale gdy mężczyzna w białym mundurze podchodzi do mnie i mocno zaciska dłoń na moim ramieniu, orientuję się w sytuacji. Zaczynam się szarpać, choć jestem tak przywiązany, że prawie się nie ruszam. Chwilowo zdobywam przewagę, gdy walę czołem prosto w głowę strażnika. Zaczynam jednak tego żałować, bo go jedynie rozwścieczam. Biały mundur rzuca się na mnie, a ja widzę jak jego nozdrza się rozszerzają, jak u wściekłego zwierza.
- Teraz twój Kosogłos cię nie uratuje – kpi z satysfakcją.
- Życie – warczę.
Wtedy po moim ciele rozchodzi się niemiłosierny ból. Z mego gardła wydobywa się ryk wywołany cierpieniem. Mam wrażenie, że zaraz rozerwie mi klatkę piersiową. Spoglądam w dół i widzę czerwony metal w kształcie godła Kapitolu, który topi się w moim ciele. Strażnik z zadowoleniem przekręca gwałtownie narzędzie tortur, a po mojej klatce rozlewa się kolejna porcja bólu. Wrzeszczę jak opętany, bo czuję i widzę jak płat skóry zostaje oderwany z mego ciała. Krew zaczyna płynąć ciurkiem, a po moich policzkach płyną łzy, których nie potrafię kontrolować. Zaciskam zęby i próbuję nie krzyczeć, ale nic z tego. Strażnik przyciska jakiś guzik na urządzeniu, którym mnie torturuje i wtedy dostrzegam wyskakujące kolce z żelaznego pręta.
- Gdzie rebelianci mają kryjówkę? - Pyta strażnik.
- Nie wiem – mówię zachrypniętym głosem, łapiąc łapczywie powietrze.
Kolce zatapiają się w mojej żuchwie, a ja wydaję ryk bólu i mocno zaciskam powieki.
- Co Katniss Everdeen mówiła ci o powstańcach?
- Nic mi nie mówiła! - Krzyczę kończąc krótką wypowiedź donośnym jękiem.
Kolce rozrywają moje ciało na policzku. Mam wrażenie, że poorana skóra nie wytrzyma długo. Możliwe, że mam rację i zaraz może pojawić się dziura na mojej twarzy. Kolczasty drut trafia jeszcze w ramię i nogę, na których pozostają dziury, z jakich już leje się bordowa maź.
- Wystarczy – w mojej głowie rozlega się głos Aureliusa. - I tak nic nie powie.
Wszystko wiruje, a ja czuję jak to, co pozostało w moim żołądku podchodzi mi do gardła. Głowa chwieje się raz na lewo, raz do przodu, potem do tyłu, na prawo. Nagle nachylam się do przodu, na tyle, na ile jest to możliwe i wymiotuję na klatkę piersiową, brudząc poszarpany podkoszulek umazany krwią. Mam nadzieję, że to nie spotkało Katniss. Mam nadzieję, że jest bezpieczna. Jeżeli uciekła, to ciekawe gdzie. Najlepiej by było, gdyby wyjechała za granicę. Może gdzieś daleko, poza granicami Panem istnieje miejsce bezpieczniejsze, gdzie żyją w pokoju? Moje przemyślenia przerywa niewyraźny głos. Otrząsam się i patrzę na postacie, które wirują.
- Złapaliśmy Katniss Everdenn, panie komendancie – zwraca się jakiś strażnik, do tego który mnie torturował.
- Panie Aureliusie – biały mundur woła przełożonego Snowa. - Katniss Everdeen została przejęta przez straże Kapitolu. Mamy ją tu przyprowadzić?
- Proszę – mówi Aurelius, patrząc na mnie uważnie.
Nie. Tylko nie Katniss. Teraz ją skrzywdzą. Boże, tylko nie ona. Oby jej nie bili. Ale na co ja się nabieram? Skoro mnie pobili to i ją pobiją, choć ona także nic nie wie. Otwieram szerzej oczy i dostrzegam tę brunetkę z szarymi oczami. Ma strach wymalowany na twarzy. Z rany na rozciętej skroni leje się bordowa maź, a ja zaczynam się szarpać. Dziewczyna mnie zauważa i momentalnie blednie jeszcze bardziej.
- Peeta! - Zaczyna wrzeszczeć. - Peeta!
- Katniss! Katniss, spokojnie! - Ryczę jak najgłośniej, a moja twarz wykrzywia się w przerażeniu.
Do brunetki podchodzi strażnik, który poorał mi skórę i zaciśniętą pięścią wali ją w brzuch. Z jej gardła wydobywa się głuchy jęk. Dziewczyna kuli się, a ja po prostu rwę się jak zmiech. Krzesło, na którym mnie posadzono, wywala się, a ja razem z nim. Ląduję na zmasakrowanym ramieniu i krzyczę z bólu oraz przerażenia wywołanego przez skrzywdzenie Katniss. Do mojej celi wbiega kilku lekarzy i podnosi mnie. Wierzgam, kopię, wrzeszczę, szarpię, ale na nic.
- Zostawcie Katniss!
Do pomieszczenia spokojnie wchodzi Aurelius, gdy czworo lekarzy mnie opanowuje i zakuwa w kajdany.
- Posłuchaj chłopcze – zaczyna spokojnie. - Mam prośbę i jeżeli ją wykonasz, nie skrzywdzimy twojej Katniss.
- Czego chcecie? - Warczę i zaczynam dyszeć, jak wściekły zmieszaniec, który pragnie tylko i wyłącznie śmierci.
- Wyleczymy cię i wtedy dasz wywiad w show Caesara Flickermana. Jeżeli nie powiesz tego co zostanie ci przedstawione, Katniss Everdeen poniesie za to odpowiedzialność.
- Co mam powiedzieć? - Pytam zrozpaczony.
- Na początku będzie wzmianka o waszej grze. Masz powiedzieć, że nic nie wiedzieliście o tym co ma się wydarzyć. I... - na ścianie pojawia się obraz. Domyślam się, że fragment ostatniej nocy z Ćwierćwiecza. - Dla twojej informacji, to Katniss Everdeen wysadziła arenę. Ale za ten zuchwały czyn wasz rodzinny dystrykt poniósł już karę. Został zbombardowany. Jeżeli chcesz, przypatrz się materiałowi. Może pomoże ci ją obronić.
Moje serce zatrzymuje się na chwile. Moi bliscy zapewne już nie żyją. W najlepszym wypadku mieli szybką śmierć. Mam nadzieję, że nie cierpieli. Patrzę uważnie na film i dostrzegam jej zdezorientowanie. Dziewczyna nie wie, w którą stronę pobiec i co zrobić. Wrzeszczy moje imię, a wtedy odpowiada jej moje nawoływanie. Gdy zauważa Finnicka i Enobarię zaczyna do nich celować, ale gdy rozbrzmiewa grzmot zapowiadający błyskawicę, jakby ją olśniewa. Katniss unosi łuk i wymierza strzałę w pole siłowe. Wszystko rozbłyska i po chwili ciemnieje. Transmisja zostaje przerwana.
- Jak widzisz twoja kochanka została złapana, tak jak i ty. Wyłowiliśmy także Johannę Mason, Beetee'ego Latiera oraz Enobarię Sanmoor.
Po policzkach spływają mi dwie łzy, wywołane świadomością utraty rodziny, ale otrząsam się i wracam do tonu zaaranżowanego dla moich wrogów.
- A Finnick Odair? Jego zabiliście? - Pytam z lękiem i kpiną za razem.
- Finnicka Odaira ocalono dzięki panience Everdeen. Został wyłowiony przez buntowników.
- Co teraz? Mam tylko powiedzieć, że nic nie wiedzieliśmy? - Wiem, że to nie wszystko.
- Caesar zapyta cię także o sprawy wojenne. Masz bez względu na okoliczności nawoływać ludność do rozejmu. Musisz nawoływać Katniss do rozejmu. Ta dziewczyna jest ich przywódczynią, Kosogłosem. Ciałem może i znajduje się tu, ale jej dusza pozostaje wśród rebeliantów. Jeżeli stanie po twojej stronie, wszyscy staniemy się jednością, tak jak wcześniej. Masz dar do przemawiania, więc może dystrykty się uspokoją i wtedy Kapitol opanuje sytuację. A Katniss Everdeen będzie bezpieczna u twego boku.
- A jeżeli nie będę nawoływał do rozejmu? Jeżeli ich nie przekonam? A ta wasza jedność ma polegać na zaostrzeniu rygoru i powrotu do igrzysk? - Wypytuję zaciskając kurczowo zęby.
- Jak już mówiłem, zapłaci za to Katniss Everdeen. Powrócimy do igrzysk, bo jak sam widzisz, gdy da się państwu palec, ono bierze całą rękę. A teraz „zresetujemy” twoje ciało. Musisz dobrze wyglądać na wywiadzie.
Czuję szczypanie w szyi i orientuję się, że wbito mi tam igłę. Zanim zdążę coś powiedzieć lub nawet pomyśleć, moje powieki opadają.

Dzień III

Podnoszę powieki i mrugam, bo światło razi mnie w oczy. Chcę podnieść rękę, aby przetrzeć oczodoły, ale nie mogę tego zrobić. Jestem przymocowany do łóżka w mojej celi. Zaczynam się szarpać, ale na nic. Dopiero po chwili orientuję się, że na moim ciele nie ma żadnej rany. Dziwię się, ponieważ czuję się jakby mnie przed chwilą poszatkowali, a moje ciało wygląda idealnie. Do sali wchodzi strażnik pokoju, a u jego boku maszeruje lekarz. Biały mundur mnie rozpina i wygina mi ręce do tyłu, a ja nadal nic nie mówię. Czuję jak w moim karku zatapia się igła. Nie wiem co to za środek, ale momentalnie staję się senny.
Otwieram gwałtownie oczy, bo wyrwałem się ze szponów koszmaru. Zabiłem wystarczająco ludzi, więc mój umysł zezwolił na przebudzenie.
- Peeta, spokojnie – czuję dotyk dłoni na policzku, ale wiem, że to nie Katniss. - To ja, Portia.
Potrzącham głową, aby obraz przestał się rozmazywać i dostrzegam wymizerniałą sylwetkę mojej stylistki. Nie ma na sobie tych wybornych, kapitolińskich ubrań. Na jej twarzy nie dostrzegam, ani grama makijażu. Jej zwykle nienaturalnie jasne włosy z zielonymi pasemkami, zmieniły się w długie, jasnobrązowe loki. Zaskoczenie maluje się na mojej twarzy, a ona chyba to zauważa.
- Ani słowa – wydaje komendę i sięga po jakiś zeszyt. - To strój zaprojektowany przeze mnie i Cinnę - jej twarz blednie, a ja nie wiem o co chodzi. - Bądź dyskretny. Chcieliśmy, żebyś tylko ty go zobaczył.
Otwieram książkę tak, aby nikt i nic nie mogło wyłapać projektów Portii i Cinny. Mam świadomość, że w pomieszczeniu znajdują się podsłuchy oraz kamery. Kartkuję strony. Na pierwszej widzę fikuśny garnitur, ale jak się domyślam, obrazek jest tylko przykrywką. Każdy mankiet, rękaw jest podpisany i ponumerowany. Numerkami kieruję się ku dołowi i odczytuję zdanie
„Cinna nie żyje.”
- Świetna kompozycja – mówię spoglądając z bólem na moją stylistkę.
- Wiem – przyznaje, a jej oczy się szklą. - Kolejną wymyślę sama.
Rozumiem co ma na myśli. Kolejną ofiarą będzie ona. Czyli nasi styliści starają się uratować mnie i Katniss? Ale w jaki sposób? Moje wymyślanie kolejnych pytań przerywa wtargnięcie do pokoju strażnika pokoju. Mężczyzna szarpie mnie na równe nogi i brutalnie odpycha Portię. Dopiero teraz orientuję się, że jestem ubrany w elegancki smoking. Zanim zdążę pocieszyć moją stylistkę, ręce wyginają mi do tyłu i prowadzą do poczekalni studia Caesara. Nie wiem co myśleć. Mam kompletną pustkę w głowie. Nic tu nie pasuje. Dlaczego wykluczają Katniss z każdego możliwego zadania, które rozgrywa się na terenie Kapitolu? Przecież ona także siedzi w celi i pewnie też próbują wydobyć z niej informacje. Dziwne, że jej nie kazali nawoływać do zawieszenia broni... Przecież to ona jest bardziej buntownicza i nieugięta.
- Powitajcie państwo Peetę Mellarka! Zwycięzcę 74. Igrzysk Głodowych!
Prostuję się i wychodzę na scenę. Witam się z Caesarem w dość ponury sposób i siadam na fotelu.
- Peeta... zatem witamy z powrotem.
Uśmiecham się półgębkiem, aby ukryć swoje przerażenie.
- Idę o zakład, Caesar, że kiedy rozmawialiśmy poprzednio, byłeś pewien, że to nasz ostatni wywiad – jestem spokojny i opanowany, tak jak tego chce Kapitol.
- Szczerze powiedziawszy, i owszem – przyznaje Ceasar. - Ostatniego wieczoru przed Ćwierćwieczem Poskromienia... Kto by pomyślał, że jeszcze się spotkamy?
- Z pewnością nie miałem takich planów. - Marszczę brwi dla lepszego efektu i coś czuję, że to dobry gest.
Caesar pochyla się ku mnie, a ja już wiem, że trzeba zacząć rozgrywkę.
- Chyba wszyscy doskonale wiedzieliśmy, co sobie zaplanowałeś. Postanowiłeś poświęcić się na arenie, żeby ocalić Katniss Everdeen i swoje dziecko.
- Otóż to. Nic dodać, nic ująć. - Zaczynam gładzić tapicerowany wzór na poręczy fotela, aby choć trochę osuszyć ręce, jakie ociekają potem. - Ale inni też mieli plany – teraz myślę o Haymitchu, który jej nie ocalił i o Finnicku, którego wyłowili, ciekawe po co.
- Może opowiedziałbyś nam o ostatniej nocy na arenie – proponuje Caesar. - Rozwiałbyś kilka wątpliwości, które nas nachodzą.
Kiwam głową i nie spiesząc się z wyjaśnieniem, układam zgrabną wypowiedź, jaką wygłoszę.
- Co do ostatniej nocy... Jakby to ująć... Po pierwsze, trzeba sobie wyobrazić, jak się wtedy czuliśmy. Jak owady uwięzione pod miską pełną pary wodnej. Wszędzie rozpościerała się dżungla, żywa, zielona i tykająca. Trafiliśmy do gigantycznego zegara, który odliczał sekundy do naszej śmierci. Każda godzina była zapowiedzią kolejnego koszmaru. Spróbuj sobie wyobrazić, że przez dwa poprzednie dni zginęło szesnaście osób, a część z nich oddała za ciebie życie. W takim tempie do rana umarłaby ostatnia ósemka, z wyjątkiem jednego jedynego uczestnika – zwycięzcy. A ja przecież nie zamierzałem wygrać – zatrzymuję się na chwilę i biorę głęboki, ale niezauważalny wdech. - Gdy przebywasz na arenie, reszta świata staje się bardzo odległa – kontynuuję przekonująco. - Wszyscy ukochani ludzie i ulubione przedmioty, a także to, na czym nam zależy, przestaje istnieć. Ostateczną rzeczywistością staje się różowe niebo, potwory z dżungli oraz trybuci łaknący twojej krwi. Okazuje się, że tylko to się liczy. Nie ma znaczenia, jak człowiek się czuje – dobrze czy źle – po prostu trzeba zabijać, bo na arenie ma się tylko jedno życzenie i trzeba za nie słono zapłacić.
- Życiem – dopowiada Caesar.
- Och, skąd, to kosztuje znacznie więcej niż życie. Mordowanie niewinnych ludzi? Żeby to robić, trzeba poświęcić wszystko, czym się jest.
- Wszystko, czym się jest – powtarza Caesar cicho.
Po moich plecach przebiega dreszcz, bo czuję jak cisza ogarnia całe Panem. Może to dlatego, że nikt jeszcze nie opowiadał jak naprawdę jest na arenie? Postanawiam mówić dalej. Boję się jedynie, że za to, iż igrzyska określam jako rzeź, Katniss zostanie ukarana.
- Więc trzeba się trzymać kurczowo tego życzenia – ciągnę. - A ostatniej nocy miałem tylko jedno życzenie: uratować Katniss. Choć nie wiedziałem o rebeliantach, to i tak nie czułem się z tym dobrze. Wszystko się pogmatwało. Żałowałem, że nie uciekłem z nią tego dnia, jak proponowała. Po prostu sprawy zaszły za daleko, klamka zapadła.
- Za bardzo zaangażowałeś się w plan Beetee'ego, który chciał porazić prądem słone jezioro – domyśla się Caesar.
- Byłem zbyt zajęty zabawą w przymierze z innymi. Nie powinienem był pozwolić na to, żeby nas rozdzielili!- Wybucham nagle, tracąc kontrolę nad całym scenariuszem ułożonym w głowie. - Właśnie wtedy ją straciłem!
- Kiedy pozostałeś przy drzewie, a ona i Johanna Mason zabrały zwój drutu na dół, do wody – precyzuje Caesar.
- Wcale tego nie chciałem! - Zaczynam warczeć i czuję, jak moja twarz czerwienieje. - Ale przecież nie mogłem spierać się z Beetee'em, bo wtedy zdradziłbym, że zamierzamy wyłamać się z przymierza. Po przecięciu drutu zapanował chaos, pamiętam tylko jakieś strzępki zdarzeń. Szukałem jej, potem Brutus zabił Chaffa, a ja Brutusa. Słyszałem jak wykrzykiwała moje imię. Później błyskawica trafiła w drzewo, a pole siłowe wokół areny... wybuchło.
- Katniss je wysadziła, Peeta – dodaje Caesar. - Widziałeś materiał filmowy.
- Nie wiedziała co robi, nikt z nas nie rozumiał do końca planu Beetee'ego. Przecież na ekranie widać, jak Katniss się zastanawia, co zrobić z drutem – prawie krzyczę, bo teraz nie mogę już nad sobą zapanować.
- Niech ci będzie – mówi Caesar, jakbym był dzieckiem, któremu trzeba ustąpić. - Ale przyznasz, że to wygląda podejrzanie. Zupełnie jakby od początku uczestniczyła w planie buntowników.
Nie wytrzymuję jego irytujących słów, sposobu wymowy, ubrania, koloru szminki. Wszystko co w nim jest piecze mnie w oczy. Zrywam się wściekły na równe nogi i pochylam nad nim, a dłonie zaciskam na poręczach fotelu Caesara.
- Czyżby? - Warczę. - A czy zaplanowała, że Johanna omal jej nie zabije? Że prąd ją sparaliżuje? Niby że celowo sprowokowała bombardowanie? - Krzyczę. - Caesar, ona nic nie wiedziała! Żadne z nas nie miało pojęcia o niczym z wyjątkiem tego, że chcemy nawzajem ocalić sobie życie!
Caesar kładzie dłoń na mojej piersi, podejrzewam, że w geście samoobrony, jak i pojednania.
- W porządku, Peeta, wierzę ci.
- To dobrze – warczę i cofam się, zabierając ręce, po czym przeczesuję palcami włosy, jednocześnie wichrząc starannie wystylizowaną fryzurę. Na koniec, opanowując w jakimś stopniu nerwy, opadam na fotel.
Caesar chwilę czeka, jakby się domyślał, że ponownie mogę wybuchnąć.
- A co z twoim mentorem, Haymitchem Abernathym?
Moja twarz tężeje na myśl tego zdrajcy. Obiecał, że uratuje Katniss. Powiedział, że ona przeżyje. Nie dotrzymał obietnicy. Teraz ona jest tu i zapewne cierpi.
- Nie mam pojęcia, co wiedział Haymitch.
- Czy mógł być uczestnikiem spisku?
Wyłowienie Finnicka z areny – wielki mi spisek, myślę.
- Nigdy o tym nie wspominał – mówię nadzwyczaj spokojnie, zaciskając zęby.
- A co podpowiada ci serce? - Naciska Caesar.
- Teraz czuję, że nie powinien był mu ufać. I tyle.
Caesar poklepuje mnie po ramieniu, a ja mam ochotę strącić jego dłoń, ale się powstrzymuję.
- Możemy skończyć rozmowę, jeśli chcesz.
- A mieliśmy jeszcze o czymś rozmawiać? - Pytam posyłając mu ironiczny uśmiech.
- Zamierzałem cię spytać o przemyślenia związane z wojną, ale skoro jesteś zbyt zdenerwowany... - Caesar zawiesza głos.
- Och, nie jestem aż tak zdenerwowany, żeby o tym nie móc rozmawiać. - Biorę głęboki oddech i dla lepszego efektu patrzę prosto do kamery. To kluczowy moment, myślę. - Chcę, żeby wszyscy widzowie, bez względu na to, czy są po stronie Kapitolu, czy rebeliantów, na moment przestali robić to, co robią i pomyśleli, jakie znaczenie może mieć ta wojna, co ona oznacza dla ludzkości. Wcześniej walczyliśmy już ze sobą i niemal doprowadziliśmy do zagłady. Teraz jest nas jeszcze mniej. Żyjemy w trudniejszych warunkach. Czy naprawdę właśnie tego chcemy? Pozabijać się z kretesem? I co mielibyśmy w ten sposób osiągnąć? Żeby jakiś przyzwoity gatunek odziedziczył po nas dymiące szczątki Ziemi?
- Chyba... nie jestem pewien, czy dobrze rozumiem – wtrąca Caesar.
- Nie możemy toczyć ze sobą bojów, Caesar – wyjaśniam ukrywając zirytowanie. - Pozostanie nas garstka, nie przetrwamy. Jeśli wszyscy nie złożą broni, i to w najbliższym czasie, to tak czy owak będzie nasz koniec.
- Jak rozumiem, wzywasz do rozejmu? - Upewnia się Caesar.
- Tak. Wzywam do rozejmu – potwierdzam ze znużeniem, aby ludzie sądzili, że to coś nad wyraz oczywistego. - A teraz może poprosimy panów strażników o odprowadzenie mnie do mojego pokoju, żebym mógł zbudować następną setkę domków z kart?
Oby to zdanie dało złudzenie, że traktują mnie dobrze. Nie torturują, nie wymuszają informacji. Domki z kart to dobry pomysł. Ludzie pomyślą, że jestem w pewnym stopniu bezpieczny. A co jeżeli rebelianci nas wyklną? Co jeżeli pomyślą, że siedzimy sobie bezpiecznie w kryjówce, podczas gdy niewinni ludzie giną? Gdy te pytania zaczynają mnie nękać, odzywa się Caesar.
- W porządku – mężczyzna patrzy w kamerę. - To chyba tyle, wracamy do naszego normalnego programu.
Sala ciemnieje, a ja uświadamiam sobie, że publiczności nie ma przede mną. To były hologramy, a ja głupi dałem się nabrać. Złość we mnie narasta, bo zaufałem im. Dałem wiarę w słowa Kapitolu, a oni mnie nabrali. Kilka lamp rozświetla scenę, a także twarz Caesara. Spoglądam na jego kolorowe powieki i włosy. Próbuję wyłapać coś ze spojrzenia mężczyzny, ale nie potrafię niczego dostrzec.
- Uważaj na siebie – jego głos rozbrzmiewa w moich uszach.
Mrużę oczy i staram się zrozumieć co to miało znaczyć. Nie chodzi tylko o to, abym nie dawał się katować i nie podpadał straży. W tym krótkim zdaniu chowa się coś głębszego, ale co? W tej chwili czuję jak na mojej głowie lokuje się worek z grubego materiału, który ktoś gwałtownie naciąga. Na mojej szyi zaciska się sznur, za który wsadzam palce, aby spróbować rozluźnić więzy. Mocuję się z kimś potężniejszym i silniejszym. Szarpię się jak nieopanowane zwierzę, próbuję się ocalić. Pierwszy raz od zakończenia igrzysk uznaję, że wielogodzinne trenowanie, aby wyładować stres, przydaje się. Drżące mięśnie, szybki oddech, zaciśnięte powieki, zlane potem plecy, godziny zmuszania się do ćwiczeń. Zamachuję się do przodu i pociągając za linę owiniętą wokół mojej szyi przerzucam kogoś nad swoją głową. Grzmot upadku rozchodzi się po całej sali. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że ja też leżę. Widocznie ktoś, kto mnie blokował sznurem, pociągnął mnie za sobą. Chcę wstać, ale nie mogę. Coś mi to nie umożliwia. Słyszę jakby przez mgłę wydawane rozkazy. Ktoś krzyczy do kogoś
Komendancie. Czuję jak ręce wyginają się do tyłu, a ktoś kolanem przypiera mnie do podłogi. Leżę tułowiem w stronę chłodnych, wypolerowanych desek. Mój policzek opiera się o materiał worka, który jest jedynym elementem dzielącym moją twarz i podłogę. Zbieram siły i chcę się dźwignąć, ale wtedy moje ciało staje się bezwładne. Staję się cholernie zmęczony. Chcę coś zrobić, ale nie potrafię. Muszę odpocząć, choć przez sekundę.
- Do izolatki! Potem do Centrali ZOG z nim! - Słyszę wydawany rozkaz, gdy moje powieki opadają.
Ostatnia myśl jaka przemyka mi przez głowę przed utratą przytomności, to nadzieja, że Katniss nic się nie stanie.


Dzień...


Podnoszę powieki i delikatnie mrugam, próbując przekręcić się na drugą stronę. Łupanie w głowie jest nieznośne i powoduje zawroty oraz chęć wymiotów. Gdy jasne plamy zmieniają się w lampy żarowe, otwieram szerzej oczy i szybko je przecieram. Białe ściany izolatki nie wyglądają za miło i budzą we mnie wstręt. Może dlatego, że jest tu za dużo bieli. Dopiero po chwili dostrzegam Cztery plamy, które mienią się różnymi barwami. Przekręcam głowę i próbuję domyślić się co to jest. Mrużę oczy i chcę się skoncentrować, ale łupanie w czaszce uniemożliwia mi to. Nagle dostrzegam, że jedna z plam podnosi się i zmierza w moim kierunku. Nie uciekam, choć serce mi wali, jak szalone. Co ma się stać, to się stanie, myślę.
- Narzeczony, obudziłeś się? - Pyta kobiecy głos.
Co?! Nie wiem co myśleć. Gdzie ja jestem, do cholery?! Co oni ze mną robią? Frustracja, przerażenie i wahanie narastają we mnie. Co zrobić? Osoba przede mną dostrzega chyba przerażenie, bo lekko klepie mnie po policzku, jakby chciała abym się otrząchnął i... tak się dzieje. Teraz stwierdzam fakty. Jestem w izolatce. Obok mnie siedzi jeszcze czworo ludzi. Nie wiem kim są, skąd są i czy chcą mojej śmierci. Patrzę w jasne, piwne tęczówki zaskoczony i nie wiem co powiedzieć. Moje oczy w końcu się stabilizują i widzę wszystko dobrze. Wtedy zrywam się na równe nogi jednym ruchem i dziewczynę stojącą obok łapię za gardło, a następnie przyciskam ją do ściany.
- Gdzie jest Katniss?! - Ryczę wściekły.
Jęk brunetki rozchodzi się po pomieszczeniu, a ja czuję nerwowe szarpanie ręki. W uszach rozbrzmiewa krzyk, który kiedyś słyszałem... Szarpanie ręki nie ustaje, a ja sobie przypominam, że taki sam głos ma Annie Cresta. Pamiętam wrzask z areny, który wydobywał się z gardeł głoskółek. Spoglądam w końcu, kto chce ratować kobietę i wtedy przeżywam kolejny szok. Darius, nasz były strażnik pokoju, chyba najbardziej pokojowy, zaciska dłoń na moim ramieniu i spogląda tak, jakby mówił, że dość, wystarczy. Dochodzi do mnie co właśnie zrobiłem. Opanuj się. Oni mogą ci pomóc, ty możesz pomóc im. Powoli puszczam Johannę, a ona zjeżdża na podłogę. Dziewczyna ciężko dyszy i rozmasowuje mięśnie na szyi. Nie mam pojęcia co zrobić, więc stoję i patrzę, a wtedy dawny strażnik pokoju odchodzi w kąt i siada przy rudawej osobie, którą chyba jest avoksa Katniss.
- Narzeczony, strasznie nerwowy się zrobiłeś – skrzeczy Johanna.
- Przepraszam. Chciałaś zabić Katniss, więc... Walnęłaś ją w głowę i... – mówię zawiedziony sam sobą i siadam obok niej. - Teraz pewnie ją torturują, a ja nie mogę nic zrobić.
- Kogo torturują, kogo chciałam zabić? - Pyta zdziwiona kobieta z Siódemki.
- Katniss – warczę, bo Johanna udaje idiotkę.
- Czyli ciebie tak wkręcili – cedzi dziewczyna. - Raz. Nie chciałam zabić Katniss. Wycięłam jej lokalizator, aby Kapitol nie namierzył rebeliantów.
- Co? - Nie wiem o czym mówi.
- Dwa, mi wmówili, że jeżeli nie wydam rebeliantów, to zabiją Finnicka i pokazali mi jego sobowtóra. Taki sam wygląd i głos. Kapitol potrafi. Ja głupia dałam się nabrać, bo nie wiedziałam kogo wyciągnęli z areny, ale avoksi mi wytłumaczyli. Zanim zorientowałam się w sytuacji, władze wiedziały ode mnie, że Katniss i Finnick są w Trzynastce. Ciebie do czego zmusili? - Pyta kończąc wściekłym śmiechem.
- Do wywiadu... Nawoływania do zawieszenia broni... Chwila, chwila... Trzynastka?! Co?! Katniss tu nie ma?! Powiedzieli, że wyłowili tylko Finnicka! Nie wiedziałem po co, ale wiedziałem, że Haymitch mi obiecał ocalić Katniss... Teraz rozumiem. Dlatego jej nie angażowano, bo jej tu nie ma. Ale... TRZYNASTKA?!
- Tak, Trzynastka chłoptasiu. Plutarch Heavensbee wraz z twoim mentorem wyłowili Katniss, Finnicka i Beetee'ego. Ty, ja i Enobaria zostaliśmy schwytani. A teraz posłuchaj – jej głos jest bardzo cichy i stanowczy. - Znając życie, to pomieszczenie jest naszpikowane kamerami i podsłuchem. Powiem ci to co wiem. Wezmą nas na tortury i to nie takie jak dotychczas. Teraz będziemy wrzeszczeć jak opętani. Zmienią nas w potwory. Będą nas kroić jak zwierzęta, będą nas bić, podpalać i podtapiać. Ale masz wytrzymać, rozumiesz? Teraz pewnie już idą po mnie, bo ci powiedziałam to co wiem. Nie dawaj się przekupywać i nie wierz w to co mówią. Oni kłamią i zawsze będą kłamać. Wszytko jest kłamstwem. Jeżeli wezmą cię do ZOG'u masz przekichane, kotku. Ale zapamiętaj wtedy jedną rzecz. Ty kochasz Katniss Everdeen, a ona kocha ciebie. Wy sobie pomagacie, jasne?
- Jasne – odpowiadam, a we mnie rośnie przerażenie, że Kapitol sprawi, że to zapomnę.
W tej samej chwili otwierają się drzwi i staje w nich dwoje strażników uzbrojonych po zęby.
- No to my się pożegnamy, Peeta – szepcze Johanna, a ja wyczuwam strach w jej głosie. - Wesołych Igrzysk!
- I niech los zawsze wam sprzyja... - kończę cicho, gdy mężczyźni łapią ją za ramiona.
Myślę, że barykada się zamknie, ale przez nią wpada jeszcze jeden biały mundur i jednym susem doskakuje do mnie. Annie, która kuli się w rogu ponownie krzyczy, a ja nie mam czasu aby wstać. Chcę zrobić unik lub przekręcić się, aby uniknąć ciosu, ale izolatka jest za mała, aby to zrobić. Czuję brzęk żelaza, który rozchodzi się po mojej głowie. Wszystko ciemniej, ale Katniss żyje.


Dzień...


Lodowata woda, pośród której znajduje się teraz moja głowa, sprawia, że szeroko otwieram oczy, które zaraz zaczynają szczypać po zetknięciu z cieczą. Opanowuję się, ale wtedy dociera do mnie, że brakuje mi tlenu. Próbuję nabrać powietrza, ale nie jestem rybą, nie będę oddychał pod wodą. Czuję, że moja twarz otoczona lodowatą cieczą zaczyna przybierać kolor purpury. Nie wytrzymuję i otwieram usta, a że nie mogę z nich już wypuścić powietrza, to moje płuca zasysają wodę. Wiem, że zaraz umrę. Zaraz będzie po wszystkim. W tej chwili ktoś szarpie mnie za włosy i wynurza moją głowę z płynu. Czuję uderzenie między łopatkami, które powoduje wydostanie się całej wody z płuc. Przez chwilę nie mogę złapać oddechu, ale w końcu udaje mi się nabrać choć trochę tlenu. Gdy wdycham i wydycham gaz, moje gardło wydaje cholerne skrzypienie, które jest wywołane sam nie wiem czym.
- Witamy, panie Mellark – od razu rozpoznaję jego głos. - Miło widzieć pana oczy. Dobrze się spało? - Wężowe źrenice Snowa napajają mnie nienawiścią.
Patrzę na niego spode łba i wydaję groźne dźwięki, oddychając głęboko. Nie wiem jak, ale moje gardło zostało poorane i teraz, gdy pobieram tlen, wydaje się, że ktoś drapie w ścianę.
- Sir, chłopak nic nie powie. Johanna Mason wyjaśniła mu co się dzieje – dochodzą mnie słowa Clause'a.
- Nie zdążyła mu powiedzieć najważniejszego, drogi Antoniusie – szepcze Snow, opierając się o podłokietniki krzesła, do którego zostałem przymocowany i nachyla się tak, że jego twarz znajduje się zaledwie kilka centymetrów przed moją.
Wyczuwam żelazisty zapach krwi przebijający się przez woń słodkich róż. Mam ochotę zwymiotować, ale prezydent na szczęście oddala się.
- Chłopcze, chcę ci powiedzieć, że jeżeli Kapitol z sukcesem zakończy wojnę, wówczas Katniss Everdeen zostanie niezwłocznie zabita publicznie przed pałacem prezydenckim. Jest jednak możliwość, aby ocalić tą panienkę. Mamy układ, na który możesz przystać.
- Czego? - Warczę wiedząc, że muszę to zrobić dla Katniss, muszę zapewnić jej bezpieczeństwo.
- Dasz jeszcze jeden wywiad za jakiś czas. Musimy jednakże trochę odczekać, abyś nabrał wojennego wyglądu.
Wtedy czuję mocne szarpnięcie, które powoduje niesamowity ból w stawach ramiennych. Cichy jęk wydobywa się z mego gardła, ale to dopiero początek.
- Zgadzasz się?
Nie odpowiadam. Czuję wrzącą wodę, która parzy moje dłonie. Zaciskam zęby i szybko wypuszczam powietrze przez nos. Temperatura rośnie i rośnie. Łamię się i wydaję ryk cierpienia z poturbowanego gardła. Nic nie mówię. Nie wiem co powiedzieć. Muszę ją ratować, ale... Nawoływanie do rozejmu będzie kolejną zdradą rebeliantów.
- Panie Mellark, zgadza się pan?
Spoglądam z wahaniem na twarz prezydenta. Chcę jeszcze raz się zastanowić, ale wtedy ktoś łapie mnie za woły i szarpnięciem zmusza do nachylenia się. Nurkuję po raz kolejny w wodzie. Znowu zaczynam się krztusić, a moje płuca wypełniają się cieczą. Nie szarpię się, nie wykonuję żadnych ruchów. Przymykam powieki i czekam na śmierć. Chcą mnie zmusić do zgody, ale ja im nie ulegnę. Nie będą mieli tak łatwo. Czuję zmęczenie, jakie opanowuje całe moje ciało. Mam wrażenie, że unoszę się pośród chmur. Jest tak... bezpiecznie. Jednak ktoś gwałtownie łapie mnie za włosy i z powrotem ściąga na ziemię, a ja wiem jakiej odpowiedzi udzielę.
- Zgadzam się.
Mówię to, a wtedy czuję jak ktoś trzaska czymś zimnym i twardym w tył mojej głowy. Zapadam w sen, w którym Katniss, jej rodzina i dzieci są bezpieczne.


Tydzień później... Dzień...


Jedyny fakt, to to, że nie wiem ile już tu jestem. Miesiąc? Dwa? Może pół roku? Wiem, że chcą mnie zagłodzić. Przez ten okres, który tu jestem, dostałem na talerzu tylko raz czerstwy chleb i kubek wody. Może, gdy śpię podają mi żywność w płynie? Doskonale wiedzą, że dzięki niej nie przeżyję. Chcą po prostu przedłużyć moje umieranie. Chcą abym cierpiał. Wiem również, że jestem torturowany. Łamią mi ręce, potem wstrzykują jakiś płyn. Zasypiam, a gdy się budzę, pozostaje tylko ból złamania, choć kości są całe. Z powodu cierpienia i ciągłego wrzeszczenia mój organizm słabnie. Odporność spada, organy stają się słabe, a kości łamliwe. Moją twarz oblewają wrzątkiem lub wsadzają całą głowę do pojemnika z lodowatą wodą. Stemplują moje ciało rozżarzonym metalem w kształcie godła Kapitolu, ale po wstrzyknięciu płynu krwiste strupy znikają, a pozostaje jedynie cholerny ból. Wiem, że nie jestem sam. Zza ściany słyszę kobiece wrzaski. Mogę dać uciąć sobie rękę, że to Johanna. Miała rację. Będzie z nami znacznie gorzej. Zaczynam bardziej nienawidzić dnie, niż noce. Choć w mroku nawiedzają mnie koszmary i jestem przerażony, to wolę to, niż obdzieranie ze skóry, ale w rzeczywistości. Dziś się dziwię, gdy nie przychodzą z metalowymi prętami, kulami naszpikowanymi igłami lub innego rodzaju narzędziami tortur. Patrzę tępo przed siebie, aby nie zrobić czegoś po ich myśli. Nie chcę widzieć ich twarzy. Czuję obrzydzenie i chęć wymiotowania, gdy widzę czyste ubrania o przesłodzonym zapachu lub czyste do blasku dłonie. Słyszę głuche walnięcie i dopiero wtedy podnoszę głowę. Dostrzegam ostatni blask lamp z korytarza, gdy drzwi się zamykają. Na podłodze leży pobity do nieprzytomności Darius, a jego głowę na kolanach trzyma rudowłosa avoksa. Zrywam się na równe nogi i wręcz biegnę, aby im pomóc. Wtedy następuje kolejny szok. Walę twarzą w coś niewidzialnego i od razu zalewam się krwią. Maź spływa obficie z mego nosa, ale teraz nie obchodzi mnie to, muszę im pomóc. Odchodzę i rozpędzam się jeszcze raz. Walę ramieniem z całej siły w niewidzialną ścianę, ale to nic nie daje. Słyszę jedynie chrupnięcie mojej kości. Wytrzymałość mego szkieletu zmalała do granic możliwości. Teraz wystarczyłoby się wywalić, aby sobie coś złamać. Biorę głęboki oddech, aby się uspokoić.
- Jak się nazywasz? - Pytam dziewczynę z nadzieją, że odpowie pisemnie, bo ustnie raczej nie jest to możliwe.
Rudowłosa patrzy na mnie z przerażeniem w oczach i jakby zastanawia się, co do niej powiedziałem.
- Jak się nazywasz? Napisz mi, proszę – ponawiam prośbę.
Wtedy jej dłonie unoszą się i po jej mimice oraz znakach, wiem że ona mnie nie słyszy. Dźwięk może przemieścić się tylko do mojej połówki celi, ale odwrotnie to nie działa. Zastanawiam się czy to ma jakiś cel, czy może po prostu błędnie stworzyli przezroczyste pole. Muszę im pomóc i jestem gotowy na największe poświęcenie. Odwracam się i rozglądam po małej celi. Wzrok zatrzymuję na lustrze, które zawisło nad zlewem. Podbiegam do szkła i bez zastanowienia walę pięścią w moje odbicie. Dłoń jest pocięta i umazana krwią, ale nie interesuje mnie to. Chwytam największy kawałek ostrego narzędzia i przejeżdżam nim po grzbiecie dłoni, pogłębiając ranę. Teraz krew leje się obficie, ale to miałem na celu. Podbiegam do przezroczystej ściany i mażę na niej napis „
Jak się nazywasz?”. Dziewczyna wsadza dwa palce za kołnierz koszuli ubrudzonej krwią i chyba dotyka szyi. Ukazują mi się dwa opuszki umazane szkarłatną mazią. Dziewczyna w odpowiedzi pisze „Lavinia”. Ostatni raz piszę na ścianie „Pomogę”. Rudowłosa potakuje głową, a w jej oczach dostrzegam nadzieję, ale nie na przeżycie. Lavinia ma nadzieję na szybką śmierć. Wstaję na równe nogi i pokazuję jej, aby podniosła Dariusa i oparła o ścianę, ale ona patrzy na mnie ponownie z przerażeniem i wtedy podnosi jedną nogę. Podciąga delikatnie nogawkę spodni, a ja nie wierzę w to co widzę. Dziewczyna ma odciętą stopę piłą lub siekierą. Jest kość oblana krwią i mięso, które prawie wypełza spod skóry. Odwracam się gwałtownie i wymiotuję. To mnie przerasta. Zaciskam zęby, opanowuję oddech i odwracam się z powrotem w stronę Lavinii. Ruchami dłoni pokazuję, aby urwała spory kawałek materiału i mocno zacisnęła na kikucie. Dziewczyna sprawnie wykonuje moje polecenie, ale po jej policzkach spływają łzy, gdy wiąże na supeł szmatkę wokół nogi. Teraz chcę powiedzieć jak pomóc Dariusowi, ale dostrzegam, że jego powieki się podnoszą i uważnie patrzę na jego twarz. Nie wiem, może wyczuwa niebezpieczeństwo lub coś takiego, ale zrywa się gwałtownie na równe nogi, które jeszcze ma i przejeżdża wzrokiem po celi. Na początku dostrzega Lavinię i pada przed nią na kolana. Szybko podnosi jej nogawkę i ogląda ranę. Zrywa z siebie koszulę i oplątuje kikut materiałem, aby jeszcze bardziej zatamować utratę krwi, a sam pozostaje w podkoszulku wymazanym czerwienią. Dziwi mnie, że dziewczyna nie utraciła jeszcze przytomności, ale myślę, że chcą po prostu, aby dłużej się męczyła, więc jej coś podali. Gdy rudowłosy kończy zawiązywanie koszuli wokół nogi swojej kompanki, dostrzega mnie. Skinieniem głowy wita się ze mną, a ja odpowiadam tym samym. Wtedy do sali wpada dwoje strażników. Jeden chwyta Dariusa za ręce i wykręca mu je. To samo robią Lavinii. Chłopak ma jeszcze siłę, więc wierzga i stara się wyrwać, ale wiadome jest, że nie pokona takiego bydlaka ze straży Snowa. Nie mija dziesięć sekund, a do celi wchodzą kolejne dwa białe mundury, niosąc takie same krzesła, na jakim mnie torturowano. Zaczynam rozumieć całą sytuację. Głos dociera tylko do mnie. Miałem się nakręcić na pomoc, na to, że mogę coś zrobić i kogoś ocalić. Teraz wiem, że wykorzystają to wszystko przeciwko mnie. Walę pięściami w szybę, a między tą czynnością wrzeszczę na strażników pokoju.
- Zostawcie ich! Błagam! Oni nic nie wiedzą! Naprawdę! Oni i tak niczego nie powiedzą! Przecież i tak się wycierpieli zostając avoksami!
Dopiero po chwili dociera do minie, że przecież przezroczysta ściana nie przepuszcza moich próśb do pomieszczenia ze strażnikami. Teraz targają mną tylko i wyłącznie emocje. Katniss miała jednak rację. Kiedyś siła zapaśnika przyda się. Chwytam przydzielone mi łóżko, które jest dość ciężkie i rzucam nim z całej siły w pole, ale jedyne co się dzieje, to jakby ściana rozjaśnia się, a mebel, którym rzuciłem wraca ze zdwojoną siłą, powalając mnie na ziemię i przygniatając do zimnego muru. Teraz wiem, że dzieli nas pole siłowe. Dziewczyna i chłopak zostają usadzeni na krzesłach tortur i solidnie przyskrzynieni do nich. Nie mam pojęcia co zrobić. Nie ma już możliwości. Patrzę więc z przerażeniem i błaganiem na zgromadzonych tam ludzi. Dostrzegam, że jeden ze strażników wyjmuje z kieszonki kartkę i rozkłada ją. Zaczyna czytać z papieru pytania skierowane do Dariusa i Lavinii.
- Rodzinny dystrykt i krewni – żąda informacji pierwszy biały mundur.
Lavinia próbuje coś wydusić, ale jedyne co zdołało wydostać się z jej ust to ryk zabijanego zwierzęcia. Przypomina mi się jak Katniss postrzeliła zmiecha, a z jego paszczy wydobył się ryk cierpienia. Moja sojuszniczka zrobiła to z taką zimną krwią... Jakby nie miała sumienia... Ale przecież te potwory chciały nas azbić, więc rozumiem dlaczego je zabijała. Powracam do tu i teraz. Widzę, jak jeden z uzbrojonych mężczyzn wyciąga zza paska maleńką metalową rurkę, ale gdy klika na niej przycisk, długość zmienia się i teraz można nazywać przyrząd żelaznym prętem. Strach przeszywa oboje uwięzionych. Darius wyczuwając zagrożenie też próbuje coś powiedzieć, ale z jego gardła wydobywają się jeszcze bardziej raniące dźwięki. Mam ochotę skulić się i pozwolić łzom płynąć po policzkach, ale nie zaradzę dźwiękom. Mogę na to nie patrzeć, ale i tak będę wszystko słyszeć. Metal kilkakrotnie uderza Dariusa w nogę, potem w tułów. Lavinia odbiera ciosy w głowę i w kikut opatulony koszulą dawnego strażnika z Dwunastki. Gdy rudowłosy chwieje się, starając się nie stracić przytomności, dostrzegam, jak jego palce u dłoni zostają wymazane jakimś żelem. Potem przyczepiają do nich jakieś kable, które jakby zatapiają się w opuszkach mężczyzny. Darius otwiera szeroko oczy i patrzy ze strachem na kabelki. Wydaje mi się, że on dobrze wie co go czeka. I się nie mylę. Jęk rudowłosego rozchodzi się po całym pomieszczeniu. Jego ryki, które w rzeczywistości byłyby prośbami, wchłaniają się do mojej głowy, raniąc każdy fragment psychiki.
- Wymień uczestników Igrzysk Głodowych, dla których usługiwałeś – zwracają się do mężczyzny.
Dociera do mnie, że jedynymi trybutami dla jakich usługiwał to ja i Katniss. Odpowiedź więc brzmi
Katniss Everdeen i Peeta Mellark. Jeżeli nie wypowie naszych imion, to będzie cierpiał, bo właśnie nasze nazwiska musiały się znaleźć na jego liście trybutów, którym usługiwał. Zwierzęcy ryk wydobywa się z jego gardła, gdy spojrzeniem wskazuje mnie. Strażnicy odwracają głowy, a ich maski wywołują dreszcz, który przechodzi przez moje plecy. Patrzę na nich, jakbym był uczniem, który coś przeskrobał, a wszyscy inni studenci zwrócili się w moją stronę i patrzyli zawzięcie w moje oczy.
- Odpowiedź błędna. Nie był to tylko Peeta Mellark – stwierdza komandor.
Widzę jak przez ciało byłego strażnika przechodzą dreszcze, a jego szczęka niebezpiecznie się trzęsie. Z gardła rudowłosego wydobywa się wrzask bólu, całkiem podobny do mojego. Czyli teraz nie próbuje mówić, a po prostu wrzeszczy. Znając życie jest to wywołane kabelkami zatopionymi w jego ciele. Nie wytrzymuję i zrywam się na równe nogi. Robię kilka susów i i jestem pod polem siłowym. Przykładam dłonie do przezroczystej tafli i błagalnie zaczynam wrzeszczeć.
- Przestańcie! Nie róbcie mu tego!
Nie wiem czy strażnicy sami się domyślają, czy może obserwujący nas lekarze pozwolili, aby moje słowa do nich dotarły, ale głowy białych mundurów kierują się w moją stronę. Jeden z uzbrojonych mężczyzn staje twarz w twarz ze mną, ale jego maska, która nie pozwala spojrzeć mu w oczy, budzi we mnie jeszcze większe przerażenie.
- Słyszeliście chłopcy? - Pyta swoich kompanów. - Zwycięzca Mellark żąda, abyśmy uciszyli rudzielca.
- Nie! Nie! - Wrzeszczę, ale chyba ponownie włączono blokadę dla moich słów.
Nie wiem jak można tak bezlitośnie bić bezbronnego człowieka. Pięść raz po raz unosi się i z impetem uderza w twarz Dariusa. Wrzeszczę, krzyczę, ryczę niczym ranne zwierze, błagam aby przestali, ale dobrze wiedzą jak na mnie działa ból innych. Jest on dla mnie jeszcze bardziej dotkliwy, niż moje własne cierpienie. Szybki oddech, trzęsące się dłonie, nogi z waty. Kulę się w rogu celi, aby nie widzieć poturbowanej do granic możliwości twarzy byłego strażnika z Dwunastki. Po moich policzkach płyną łzy, zaciskam mocno zęby, z mego gardła wydobywa się przeraźliwy jęk. Głuche dźwięki uderzeń, już bez jęków Driusa, są jeszcze bardziej przerażające. Słyszę wrzask Lavinii, więc zrywam się na równe nogi. Podbiegam do niewidzialnej ściany i nie wiem skąd wzięło się tam moje odbicie, ale widzę roztrzęsioną osobę z napuchniętymi oczami.
- Nie! - Zaczynam wrzeszczeć, gdy strażnicy zaczynają maltretować rudowłosą. - Przestańcie, do cholery!
Nie zwracają na mnie uwagi. Mają mnie w dupie, to jasne i nie muszę przepraszać za wyrażenie, bo każdy wie, że tak jest. Wiem, że muszę jakoś działać, muszę ich ratować, chociaż Lavinię. Odchodzę szybkim krokiem na bok, zaciskam zęby i nachylam się, celując głową w ścianę celi, tak jak byk celuje w czerwoną płachtę. Z impetem wpadam na mur i od razu czuję chrupnięcie w mostku nosa, oraz krew, która litrami zaczyna wypływać z nozdrzy. Powtarzam czynność rozdzierając sobie skórę na czole i wywołując zawroty głowy. Trzaskam głową o ścianę jeszcze jakieś trzy, może cztery razy, ale więcej nie dam rady. Czuję pulsującą skórę, ciepłą maź, jaka mnie oślepia, zatyka nos i wlewa się do ust. Wszystko jest podwójne, potrójne, poczwórne... Nogi mi się plączą. Padam na ziemię z głuchym łoskotem. Przed oczami plącze mi się obraz wbiegających lekarzy, strażników, którzy przestali bić swoich więźniów i rudowłosa para, która jest już nieprzytomna. Gdy trzaskałem głową w mur wybiłem sobie z niej Dariusa, Lavinię, wrzaski Johanny i to całe zamieszanie związane z wojną. Jedyne co pozostało to nadzieja na to, że Katniss przeżyje, ucieknie i będzie z kimś szczęśliwa. Mam nadzieję, że znajdzie miejsce gdzieś daleko stąd, w świecie bez wojny, Głodowych Igrzysk i Kapitolu, miejsce takie jak w kołysance, którą śpiewała małej Rue. Miejsce, w którym jej dziecko byłoby bezpieczne.

 Dzień...


- Panie Mellark – biała rękawiczka Snowa bije mnie lekko w policzek. - Panie Mellark, czas na przedstawienie.
Mrugam przyzwyczajając oczy do jasności. Mrużę je przez chwilę, aż obraz się wyostrzy. Dostrzegam wężowe źrenice prezydenta, które są niebezpiecznie blisko. Orientuję się, że mężczyzna nachylił się nad moją twarzą, gdy wracałem do tego świata.
- Pięknie – mówi z podziwem. - Naprawdę, umie się pan poświęcić – przyznaje. - Ale chcę pana uświadomić, że jeżeli robi to pan dla panienki Everdeen, to jest to czysta głupota. Dzisiaj oficjalnie wystąpiła w telewizji, a ich informatycy włamali się do systemu dystryktów. Szczerze się zdziwiłem, bo prawdopodobnie kochaliście się do szaleństwa, a ona po takiej stracie, i to zaledwie w ciągu miesiąca, pozbierała się i jest gotowa poprowadzić wojnę. Zadziwiające, naprawdę.
A więc jestem tu miesiąc lub dwa. Nie jest źle, myślę. Szczerze jest nawet dobrze. Wiem, że nie straciłem aż tyle czasu, ile przypuszczałem. Ale teraz rodzi się we mnie wściekłość. Nie dlatego, że Katniss się szybko pozbierała. Z tego akurat cieszę się, nawet bardzo. Powinna o mnie zapomnieć i żyć dalej, ale jak do cholery, skoro chce poprowadzić wojnę?! Chce stanąć na jej czele?! Chryste, mam nadzieję, że nie wpakują jej w sam środek jatki. Mam nadzieję... że przeżyje.
- I co pan na to, panie Mellark? - Pyta.
Spoglądam po raz kolejny na twarz Snowa i wtedy zaczynam odczuwać ból. Mam wrażenie, że moja twarz jest spuchnięta i poryta bliznami. Krzywię się, bo czuję się parszywie, mam ochotę zwymiotować, a cierpienie przeszywa moje ciało.
- Cóż się stało? - Zagaduje niewinnie białowłosy mężczyzna. - Ach, no tak. Wyleczyliśmy pana metodą, która dotychczas się sprawdza. Brak blizn i śladów po narzędziach tortur, ale pozostaje ból, który wywołuje nerwicowe poty, trzęsienie rąk, niewładność w nogach. Prawdziwy żołnierz. A więc, jak to będzie, panie Mellark? Po dobroci czy po złości? Dla dobra Katniss, czy może pan zmądrzał?
- Ubierajcie mnie – prycham ironicznie. - Kamery czekają.
Dwie godziny maskowania zmęczenia i roztrzęsienia nerwowego. Układają mi włosy, pudrują twarz, ale co to da, skoro sam Snow powiedział, że leczą mnie tak, abym miał nerwicowe poty. Co to w ogóle jest? Gdy się denerwuję robię się mokry, czy jak? Nie ważne. Od razu po zapięciu ostatniego guzika w marynarce, Portia podchodzi do mnie, a ja zauważam jej drżące dłonie. Na wygląd nawet nie zwracam uwagi, bo wiem, że wszyscy powiązani ze zwycięzcami wymizernieli pod każdym względem. Moja stylistka trzyma w dłoniach biały kubek z jakąś bezbarwną cieczą.
- Pij szybko, do czasu, aż mi tego nie zabrali – szepcze nerwowo. - Niedługo przyjdzie na ciebie czas, Peeta.
Biorę kubek i duszkiem wypijam chłodny napój, który od razu rozluźnia moje mięśnie, ale z mojej głowy nie wypada zdanie
Niedługo przyjdzie na ciebie czas Peeta. Co to miało oznaczać? Że wkrótce umrę? Za jakiś czas zamęczą mnie na śmierć?
Dziękuję Portii za napój, ostatni raz poprawiam mankiety, ale chyba jest to po prostu nerwowy gest. Prostuję się i idę do poczekalni przed sceną. Trzy, dwa, jeden... W moich uszach rozbrzmiewa irytująca już melodia, zapowiadająca show.
- Witajcie drodzy mieszkańcy Panem! - Wykrzykuje radośnie Caesar Flickerman. - Jak się pewnie domyślacie moim gościem jest Zwycięzca 74. Igrzysk Głodowych, czyli Peeta Mellark! Powitajmy go serdecznie!
Prostuję plecy, na więcej mnie nie stać, nie jestem w stanie. Mam tylko nadzieję, że utrata wagi nie zostanie dostrzeżona, że makijaż zamaskuje choć trochę worki pod oczami, że moje niebezpiecznie drżące dłonie nie będą aż tak rzucać się w oczy, i że moje okaleczone od środka ciało nie zdradzi mego stanu fizycznego.
- Co tam u ciebie? Jak się miewasz?
- Bywało lepiej, Caesarze – oznajmiam z naciskiem, bo nie potrafię już ukryć bezczelności Kapitolu.
Prowadzący pyta mnie jeszcze o parę błahych spraw, a ja odpowiadam z obojętnością.
- A teraz zmieńmy trochę temat. Jak wiesz, krążą pogłoski, że Katniss Everdeen kręci propagity dla dystryktów. Co masz do powiedzenia na ten temat?
Choć nigdy nie byłem religijny, a już dawno straciłem wiarę w Boga, bo nie sądziłem, że dopuściłby do takiej sytuacji, to teraz zwracam się do niego z prośbą.
Proszę, wybacz mi Boże i błogosław Dystrykty, pomóż im wygrać. Wy rebelianci także mi wybaczcie, ale robię to dla Katniss. Wybaczcie mi, proszę.
- Wykorzystują ją, to oczywiste – mówię pewnie, ale ukrycie zdenerwowania jest trudne. - Chcą w ten sposób zmobilizować rebeliantów. Wątpię, żeby w ogóle zdawała sobie sprawę, o co chodzi w tej wojnie. O jaką stawkę toczy się gra.
Problem tkwi głęboko. Ja sam nie wiem o co my walczymy. Wydaje się, że o uwolnienie od Głodowych Igrzysk, ale to byłoby zbyt łatwe. Wydaje mi się, że chcemy osiągnąć coś ważniejszego dla całego świata, coś co zmieni wszystko...
- Czy jest coś, co chciałbyś jej przekazać? - Pyta Caesar, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Owszem. - Patrzę w obiektyw kamery, z nadzieją, że Katniss spogląda teraz w moje oczy i widzi prawdę, jaką chcę jej przekazać. - Katniss, nie bądź głupia, myśl samodzielnie. Zrobili z ciebie broń, która może odegrać ważną rolę w zgładzeniu ludzkości. Jeśli masz rzeczywiście wpływ na przebieg zdarzeń, wykorzystaj go do wyhamowania tego, co się dzieje. Zrób, co w twojej mocy, żeby zakończyć wojnę, nim będzie za późno. Zadaj sobie pytanie, czy naprawdę ufasz ludziom, z którymi pracujesz? Czy naprawdę wiesz, co się dzieje? A jeśli nie... to się dowiedz.
Transmisja kończy się nagle, niespodziewanie. Nie puszczają hymnu Kapitolu, ani nie pokazują godła, nawet Caesar się nie żegna. Moje serce bije jak młot, gdy tak jak ostatnio światła zostają włączone tylko na scenie. Krew wrze mi w żyłach, bo nie wiem co będzie dalej. Mówiąc wprost jestem przerażony i nie mam zamiaru tego ukrywać, bo to nie wstyd. Z widowni dobiega mnie klaskanie jednej osoby, ale nie mogę dostrzec jej w mroku. Klaskanie ustaje, zamieram i nawet nie wyłapuję momentu, gdy Caesar znika bez pożegnania. Z ciemności wyłania się postać Snowa.
- Całkiem nieźle, panie Mellark. To poruszające jak pan stara się chronić dziewczynę, którą pan w ogóle nie obchodzi. Problem w tym, że wystąpienie było niezłe, a nie
dobre i tu rodzi się problem. Jest pan zbyt zadurzony w tej panience, więc będziemy musieli zastosować specjalne środki. W Centrali ZOG wszystko zostanie doprowadzone do stanu, w jakim powinno być.
- Co to ZOG? - Pytam marszcząc brwi i spodziewając się najgorszego.
- Centrala Zmutowanych Os Gończych – oznajmia spokojnie prezydent z delikatnym uśmiechem na ustach.
Już po mnie, myślę. Johanna spodziewała się, że do tego dojdzie. Pamiętaj Peeta – ty kochasz Katniss Everdeen i ona... ona kocha ciebie. Pamiętaj, kochasz ją, ona kocha ciebie. Zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, zaprotestować... czuję, jak metalowa igła wbija się w mój kark, a ja zaledwie po dwóch sekundach padam na podłogę, tracąc przytomność i powtarzając uparcie, że kocham Katniss Everdeen, a ona kocha mnie. Oby.

Dzień...


Chwile. Nasze życie składa się z chwil. Każda zbliża do końca. Niech mijają. Daj im wszystkim odejść. Życie składa się z chwil. Daj im odejść. Chwile. Wszystkie zaklęte w tej jednej. Pragnę śmierci. Chcę jej. Każda chwila bije mnie po twarzy jak dłoń matki kiedyś. Wszystkie wydają się takie okrutne, bezlitosne, bez sumienne... Stoję w miejscu, a chwile mijają. Pierwszy dzień w szkole, śpiew Katniss, pierwsza nawiązana przyjaźń z Delly, zawody zapaśnicze, przyjaźń z Madge, wygłodzona dziewczyna pod piekarnią, dwa bochenki chleba, skrzyżowane spojrzenia, łzy w jej oczach, silniejsza z dnia na dzień kobieta, uśmiech na jej twarzy, spacery z siostrą, dożynki, jej zgłoszenie się na trybuta, wylosowanie mnie, wyznanie mojej miłości, arena, nawiązanie sojuszu z zawodowcami, aby ją chronić, uratowanie jej, rozcięta noga, zmiana zasad, jej przybycie, pierwszy pocałunek, uratowanie przez nią mojego życia, śmierć Catona, wygrana, protesty w dystryktach, okazanie się, że to wszystko to gra, półroczna separacja, pogodzenie się, wściekłość na nią w Jedenastce, usypianie jej w swoich ramionach, powrót do Dwunastki, strach, Ćwierćwiecze, poznanie pozostałych zwycięzców, kolejna bomba na wywiadzie, arena, śmierć, mam wrażenie, że jej szczere słowa, że mnie potrzebuje, spotkamy się o północy, błysk, nicość, tortury, wywiady, propagity, wojna. Wszystko błyszczy, wszystko jest takie jaskrawe, razi mnie w oczy, które chcę przykryć dłonią, ale nie mogę jej unieść do ich poziomu. Chwile, pozwól im wszystkim odejść. Niech odejdą. Nagle zapada ciemność. Czerń znajduje się wszędzie. Powoli podnoszę powieki, choć wydają się takie ciężkie...
- Witaj Peeta – rozbrzmiewa ironiczny ton, który kryje chęć mordu. - Jak się spało skarbie? Coś cię boli?
Otwieram szeroko oczy, gdy orientuję się, że to... Katniss. Ma nadzwyczaj duże oczy, w których wyróżniają się pionowe, wężowe źrenice. Przeszywa mnie strach, ból i przerażenie.
- Katniss – mówię spokojnie. - Katniss, wszystko w porządku. Będzie dobrze – szepczę z nadzieją, że się uspokoi.
- Już jest dobrze, Mellark – drwi. - Jest doskonale – warczy już nieprzyjaźnie, a groźnie.
Nie wiem skąd u niej taka siła, ale dziewczyna chwyta mnie za gardło i przygważdża do ściany. Łapię ją za rękę, którą mnie uniosła i próbuję ją oderwać od swojej krtani, ale ona jest za silna, a ja za słaby.
- Nikt ze mną nie wygrywa. Ja żądzę, ja jestem przywódcą. Myślisz, że komuś ulegnę? Na moje zlecenie wymordowano cały Dystrykt Dwunasty, bo tak chciałam! Twoja nędzna rodzina spaliła się w tej cholernej piekarni. Mamusia i tatuś już nie żyją. Braciszków także nie zostawiłam, nie mam ochoty już się bawić z wami, z tym nędznym rodem Mellarków. Bo tak dla twojej informacji, całkiem nieźle się bawiłam, gdy mnie całowałeś lub tak ckliwie tuliłeś do snu – mówi ironicznie, kończąc drwiącym śmiechem.
Pierwszy raz od dwunastu lat poczułem wstręt do Katniss Everdeen. Pierwszy raz od dwunastu lat chciałbym, żeby jej nie było. Pierwszy raz od dwunastu lat pragnę, aby zniknęła z mego życia. Pierwszy raz wiem, że jest mordercą, a nie obrończynią, za jaką ją uważałem.
- Katniss, błagam, przestań – chrypię, bo zaczynam się robić czerwony, ponieważ nie jestem w stanie pobrać powietrza.
- Mała ciota Mellark nie wytrzyma duszenia słabiutkiej dziewczynki ze Złożyska? Nienawidzę cię cholerny słabeuszu. Zamęczę cię. Umrzesz jak pies. Będziesz prosił o śmierć – warczy na mnie, a jej nozdrza niebezpiecznie się powiększają. - Zamorduję cię, pokroję na kawałki! - Wrzeszczy, a ja zaczynam zauważać zmiany, jakie zachodzą w jej ciele.
Z każdą groźbą, przekleństwem i wybuchem ironicznego śmiechu, na jej ciele pojawia się coraz więcej łusek, z sekundy na sekundę powstają nowe, pokrywając jej ciało. Zaczynam czuć jak w moją szyję wbijają się jej paznokcie, które w kilka chwil stały się ostrzejsze i wydłużyły o jakieś pięć centymetrów. Gdy szare oczy zmieniają się się na mocno czarne, wiem że to koniec. Czuję przeszywający ból, bo zmiech, którym jest Katniss, wbija pazury w moją szyję, a ja czuję jak z moich ust wylewa się pierwsza porcja krwi. Moje nogi robią się bezwładne, a świat zaczyna się chwiać. Mocne uderzenie o podłogę pogłębia uczucie nicości. W ostatnich chwilach widzę jej rozbawioną do granic możliwości twarz i kły, które szczerzy. Potem czuję ból na szyi, a po chwili orientuję się, że Katniss wygryzła mi jej część, bo właśnie wypluwa jej fragment. Nie mogę jej ufać, muszę przed nią uciekać, muszę się obronić przed zmiechem, którym jest Katniss. Nienawidzę Katniss Everdeen. To fakt i muszę go przyjąć. Zabiła cały Dwunasty Dystrykt, mordowała bez litości na arenie i teraz zabija mnie. Nienawidzę jej. Zapada ciemność. Nie chcę podnosić powiek, ale coś mnie do tego zmusza. Mrużę oczy, bo jasne światła mnie oślepiają. Gdy w końcu przyzwyczajam się do jasności, moje serce zaczyna walić jak szalone, nie wiem dlaczego. Czuję ukłucie w gardle. Łapię się za nie i zaczynam krztusić, bo suchość i wrażenie że coś tam jest, zmusza mnie do tego. Kaszel z sekundy na sekundę się zwiększa, ja zaczynam się dusić, padam na kolana i podpieram się jedną ręką o białe kafelki. Nie wytrzymuję i kładę się na podłodze, dalej kaszląc, aż nagle z moich ust wypełza... osa gończa. Owad leniwie człapie po moim policzku, a ja mu się uważnie przyglądam, ale nie ruszam się, aby go nie rozwścieczyć. Wpadam w przerażenie dopiero, gdy osa włazi pod moją powiekę. Zaczynam ryczeć jak ranne zwierze, bo czuję ból, dochodzący z mózgu, który wysyła cierpienie także innym częściom ciała. Do tego wraca kaszel, ale ze zdwojoną siłą. Rozsadzająca głowa, dobijający kaszel, ciekawe co jeszcze. Padam na podłogę, a przy tym rozbrzmiewa głuchy grzmot, jakby armatni wystrzał. Czuję małe nóżki, które stąpają po wewnętrznej części policzka. Wtedy z moich ust wylatuje chmara os gończych, które, jak wojsko, ustawiają się i biorą mnie na cel. Czołgam się powoli do tyłu, choć wiem, że to nic nie da, ale dalej chcę uciekać. Cały ruj z impetem wpakowuje się pod moje powieki, oślepiając mnie. Krzyczę jak najgłośniej z nadzieją, że ktoś mnie usłyszy i pomoże, ale pomoc nie nadchodzi. Gdy wszystkie owady lokują się już w mojej głowie, podnoszę powieki i nie wierzę w to co widzę. Siedzę na cholernie błyszczącym krześle, które błyszczy, wszystko błyszczy i mnie razi. Potem dostrzegam wielki ekran, ogromny, a na nim Katniss Everdeen z mieczem, która mnie goni i chce zabić. Wszystko migocze, zmienia barwę, czuję jak spod moich powiek wypełzają osy gończe, moje ciało zostaje rozerwane przez bomby zapalne, którymi został zbombardowany Dwunasty Dystrykt. Na ekranie dziewczyna, której niegdyś pomogłem, goni mnie i chce mojej śmierci. Wszystko wbija mi się do mózgu, jak noże w serce. Zaczynam wrzeszczeć z nadzieją, że to się skończy lub to zagłuszę. Gdzie tam, efekt zwiększa się. Więcej barw, więcej migotania, więcej pragnienia mojej śmierci ze strony Katniss Everdeen. Chcę aby zniknęła. Niech ta dziewczyna ze Złożyska zniknie, niech zdechnie. Błagam, niech umrze, proszę, niech chociaż ona zniknie. Blask miecza. Uniesiona broń mnie oślepia, nic nie widzę. Zasłaniam oczy ręką i wtedy nadchodzi cios. Ostrze tnie głęboko, boleśnie, śmiertelnie. Z mego gardła wydobywa się ryk bólu. Ironiczny śmiech i obraz momentalnie się zmienia. Widzę idealną kopię salonu w domu zwycięzcy. W rogu stoi pani Everdeen z Prim, którą obejmuje. Obie się uśmiechają, a w oczach mają łzy. Mam wrażenie, że jestem obecny przy tej sytuacji.
- Och, Peeta! - Wykrzykuje matka Katniss.
- Dzień dobry - mówię, choć w umyśle mam burzę, ale coś utrzymuje mnie przy zdrowych zmysłach.
- I jak ci się podoba? - Pyta Prim, wskazując na coś dłonią.
- Słucham? - Nie rozumiem o co jej chodzi.
- Jej suknia ślubna – oznajmia dziewczynka.
Przekręcam głowę, a wtedy dostrzegam drobną Katniss Everdeen z twarzą przykrytą welonem. Robi obrót, a spódnica kreacji układa się tak, jak spokojne fale na morzu.
- I jak ci się podoba, Peeta? - Pyta aksamitny głos, dochodzący spod materiału welonu.
Nie odpowiadam, a podchodzę do niej. Moje dłonie układają się same na jej talii. Czuję opuszki palców dziewczyny, które gładzą moje policzki. Biorę powoli krawędź welonu i milimetr, po milimetrze zadzieram śnieżnobiały materiał. Dostrzegam jej uśmiechnięte usta. Jeszcze chwila i zobaczę szare oczy. Unoszę welon i widzę pionowe źrenice, które rozpływają się po tęczówkach i całe gałki oczne stają się czarne. Ogarnia mnie strach i świadomość bezsilności. Słyszę wrzask przerażenia, który wydobywa się z gardła Prim i pani Everdeen. Na twarzy Katniss wykwita ironiczny uśmiech, a czarne oczy wywołują dreszcz. Zaczynam nerwowo oddychać, ze świadomością, że zaraz zginę. Katniss gładzi mnie po policzku, a ja czuję jej paznokcie, które rosną w niewyobrażalnym tempie i zaczynają wbijać się w moją skórę. Krew momentalnie spływa po policzkach z rozcięć, które cholernie pieką. Zaczynam wrzeszczeć z bólu, a wtedy ona się na mnie rzuca z kłami, które szczerzy. Zmiech mnie zabija. Gdy umieram, słyszę tylko wrzask Prim i jej matki. Potem do moich uszu dochodzi sapanie mutanta stworzonego przez Kapitol, wykreowanego, aby mnie zabił. Następnie zapada ciemność.

Otwieram szeroko oczy, obracając się dookoła i rozglądając się po idealnie białym pomieszczeniu. Mój oddech przyspiesza z sekundy na sekundę, zaczynam się denerwować jeszcze bardziej, choć nie wiem z jakiego powodu. Momentalnie moja pozycja się zmienia. Teraz klęczę, a ktoś przystawia lufę pistoletu do mojej głowy. Trzymam dłoń na czyimś nadgarstku w obronnym geście. Mam świadomość, że jest to kobieta, ponieważ ręka jest zbyt drobna, jak na męską.
- Dlaczego mi to robisz? - Pytam drżącym głosem.
- Nienawidzisz mnie? - Syczy.
- Nie wiem dlaczego mi to robisz. Nie wiem za co mam cię nienawidzić. Nie wiem. Nic nie wiem – bełkoczę bez ładu i składu.
- Musisz mnie nienawidzić – jej usta zbliżają się do mego ucha. - Musisz.
Nie wiem jak, ale moje zmysły wyostrzyły się w ogromnej skali. Mam wrażenie, że mój umysł wyłapuje każdy dźwięk, odgłos, ruch. Dochodzi mnie, jakby brzęczenie naciąganej sprężyny i wiem, że za trzy, dwa, jeden... Kula wypala, przeszywając moją głowę na wylot. Uświadamiam sobie, że muszę nienawidzić tego potwora, który to robi. Cały czas próbuje mnie zabić. Te wszystkie katastrofy zsyłane na dystrykty, to wina tej cholernej suki, Katniss Everdeen. Nienawidzę tego zmiecha. Przy najbliższej okazji, gdy ją spotkam w innym życiu, zabiję. Ale nie będzie to szybka śmierć. W ten sposób nie zapłaciłaby za swoje czyny. Jeżeli dane mi będzie ją zamordować, to będę ją męczył do ostatniego tchu, który wydobędzie się z jej płuc. Z przyjemnością posłucham jak ona wrzeszczy, zamiast mnie. Wiem, że jestem martwy, a wokół mojej głowy rozpływa się kałuża. Mimo to mam świadomość i wiem co ze mną się dzieje. Czuję łaskoczącą linię, jaka leniwie przeciąga się na moim czole. Czerwona kropla rozbija się o śnieżnobiałą podłogę. Mam ochotę wrzasnąć z wściekłości. Cały się gotuje, mimo tego iż jestem martwy. Wszystko zaczyna mi jednak migać przed oczami. Tak jak poprzednio, jaskrawe barwy powodują okropny ból, ale nie mogę opuścić powiek, ponieważ coś mi tego nie umożliwia. Obrazy poruszają się bardzo szybko. Każda scena związana z Katniss Everdeen przemyka przede mną, zmieniając barwy. Wszystko wpycha się do mego umysłu na siłę. Mam dość, nie daję rady. Ból rozpiera moją czaszkę. Zaczynam wrzeszczeć, jak opętany.
Zabij ją, szepcze podświadomość. Katniss Everdeen to twój wróg, musisz ją zamordować, czuję czyjś oddech na moim uchu, gdy te słowa mnie dobiegają. Katniss Everdeen zabiła twoją rodzinę. To ona wymordowała cały twój dystrykt. Everdeen wznieciła całą wojnę. Ostatnie słowa są jednak najboleśniejsze. Mam wrażenie, że w moje serce wbija się sztylet. Choć to wyrządziło najmniej szkód, to nadal boli najmocniej. Katniss Everdeen tylko się tobą bawiła, nigdy jej na tobie nie zależało.
Leżę skulony na łóżku. Mam może dziesięć lat, nie więcej. Przysłoniłem dłońmi uszy, aby nie słyszeć jak matka znowu krzyczy. Mój starszy brat wrócił w nocy do domu, nie mówiąc nikomu gdzie się wybiera. Wiedziałem, że obserwuje gliny. Zawsze to robił. Mówił, że kiedyś zrozumiem, że mi się to przyda i wykorzystam tą wiedzę, aby zmienić nasz świat. Teraz rozumiem. Chcieli wzniecić powstanie, chcieli coś zmienić, ale nie udało się. Tak jak mówił Haymitch, który robił wszystko dla Katniss Everdeen, aby wzniecić bunt w Dwunastce trzeba, żeby na ulice wyszli wszyscy ludzie. Czas jakby przyspiesza. W kilka sekund przybywa mi lat, mam ich siedemnaście. Siedzę na krześle i patrzę nieprzytomnie na starego mentora i zmiecha - Katniss Everdeen. Wciąż ma ciemne włosy splecione w warkocz i lekko podkrążone oczy.
- Nic nie zrobię.
- Masz mnie słuchać! Jeżeli ci każe, to jest to twój obowiązek, aby to wykonać! Macie wszystko robić dla mnie!
- Mam dla ciebie ocalić chłopaka? - Pyta mentor, skinieniem głowy wskazując mnie.
- Tak – warczy Everdeen. - Ja się nim lepiej zajmę – w moich uszach rozbrzmiewa ironiczny rechot.
Czas ponownie przyspiesza i już po kilku sekundach znajduję się na arenie Trzeciego Ćwierćwiecza Poskromienia. Słyszę krzyki, ale nie mogę niczego dostrzec. Jedyna wskazówka to głosy.
- Masz go ożywić! - Wrzeszczy chłodno.
- A jeśli nie to co? - Pyta Finnick.
- To się policzymy, tak że popamiętasz mnie na długo. Tylko ja mam prawo go mordować, więc go wskrześ zbawco – ironizuje zmiech Everdeen.
Jeden oddech, drugi oddech, trzeci oddech... Otwieram szeroko oczy i patrzę prosto w pionowe źrenice Katniss Everdeen. Moja zabójczyni układa usta w szeroki uśmiech, szczerząc kły. W moich uszach rozbrzmiewa śmiech. To coś rzuca się na mnie, a ja myślę tylko o tym, że wszyscy mnie ratują, aby Katniss Everdeen mogła mnie zamordować. Pazury wyłażą z palców czegoś, co przypomina dziewczynę.
- Jak się bawisz? - Pyta zawadiacko.
Nerwowo oddycham patrząc prosto w jej oczy. Potem czuję jak tnie każdą część mego ciała, a ja umieram w męczarniach. Ciemność. Chwile. Niech mijają. Daj im odejść. Daj im wszystkim odejść. Szarpię się i czuję, że spadam na ramię. Otwieram szeroko zaspane oczy, myśląc że to kolejny koszmar. Nerwowy oddech już chyba nigdy mnie nie opuści. Zrywam się na równe nogi i staję w pozycji obronnej, rozglądając się po celi. Znowu oni. Jedna jest od Everdeen. On też z nią rozmawiał, też się z nią przyjaźnił. Muszę ich nienawidzić. Ale... Mam potrzebę, którą jest chęć niesienia pomocy. Chcę podejść i podać rękę tej dwójce. I jedną z przyczyn jest to, że nic nie błyszczy. Mam wrażenie, że świat stał się łagodniejszy. Słyszę wrzask kobiety, dochodzący zza ściany i wtedy chcę wstać i podejść do więźniów, ale w tym momencie do mojej klatki wpada troje strażników z krzesłami tortur. Czuję ból w sercu, że nie potrafię pomóc. Zanim uwiężą Dariusa i Lavinię w krzesłach, mężczyzna pisze na ścianie
Tydzień. Co to znaczy? Chwilę się zastanawiam i wiem, że żyłem w przerażeniu tydzień. Tydzień uczyłem się, że trzeba nienawidzić Katniss Everdeen. Tydzień wspomnienia pokazywały, jaką ten zmiech jest naprawdę suką. Podchodzę do ściany i walę czołem, aby odgonić od siebie tą cholerną szmatę. Jedno walnięcie pomaga. Wtedy wszystko dochodzi do mnie jakby przez mgłę. Stoję prosto, ale obraz się chwieje. Patrzę mrużąc oczy na strażników i torturowanych. Jakiś pomruk dochodzi do moich uszu. Chyba coś mówili. Jęki, wrzaski. Szczęknięcie żelaza. Metalowa rura odbiją się od twarzy Dariusa, od jego ciała. Słyszę skowyt rannego, bezbronnego jelonka, który nie ma szans na ucieczkę. Nastaje cisza. Potem kolejny pomruk, jęk Lavinii. Jestem pewien, że zacznie wrzeszczeć z bólu. Na początku tak robi. Krzyczy, aż nagle po jej policzkach zaczynają płynąć łzy. Jej szczęka niebezpiecznie się trzęsie, a do mnie dochodzi, że rażą ją prądem. Łzy toczą się po jej policzkach, wpadają do ust, na brudną od krwi koszulę. Nagle jej ciało przestaje się poruszać. Słyszę ogłuszający ryk strażnika.
- Co to, do cholery, miało być?! - Wrzeszczy groźnie. - Serce jej stanęło! Teraz jej nie wskrzesicie, aby Mellark sobie posłuchał! - Krzyczy.
- Ładnie się będzie kroć – mówi jeden.
- Co?
- Niech Mellark patrzy jak będziemy ją kroć – warczy jeden ze strażników.
Zaczynam się trząść, choć nie do końca dotarło do mnie znaczeni tych słów. Bariera między nami znika. Zrzucają Lavinię z krzesła tortur na zimną betonową podłogę. Podchodzą do mnie, chwytają za ramiona i sadzają na meblu. Czuję się pusty. Nic nie czuję i to mnie dziwi. Nie boję się, nie czuję obrzydzenia, bo wiem, że te uczucia zaraz nadejdą. Nie chcę, aby we mnie żyły. Niech przychodzą i odchodzą, ale nie pozwolę, aby się we mnie osiedliły. Ręce i nogi przykuwają do metalowych nóżek i podłokietników krzesła. Przerażenie zaczyna się we mnie wlewać. Jeden ze strażników odchodzi, a dwaj zostają trzymając mnie. Ten, który oddalił się, wyciąga zza pasa małą piłkę. Mój oddech przyspiesza, czuję odór, który za chwilę będzie realny. Zastanawiam się, czy to kolejny podstęp, kolejny sen, czy rzeczywistość. Oby sen, oby sen... Słyszę brzęczenie urządzenia. Wlepiam oczy w piłkę, która zatapia się powoli w ciele Lavinii. Zaczynam wrzeszczeć, bo mam wrażenie, że kroją mnie, nie ją. Po moich policzkach płyną łzy, ale nie uwalniają emocji, jakie mną targają. Strażnicy nie pozwalają mi zamknąć oczu lub się ruszać, więc napina mięśnie i mam wrażenie, że za chwilę pękną. Każdy palec zostaje odcięty oddzielnie. Zaciskam zęby i staram się nie zwymiotować. Teraz stopa, potem nogi, dłonie, ręce... Tną ją. Kroją. Rąbią. I każą mi patrzeć. Proszę, przestańcie, pozwólcie zamknąć oczy. Słone krople spływają po moich policzkach, jedna po drugiej. Początkowo z mego gardła wydobywają się głuche jęki. Z chwili na chwilę, zaczynam wrzeszczeć, ryczeć, błagać, aby przestali. Nie robią tego jednak. Więc wrzeszczę. Tylko to. Mam wrażenie, że nie przestaję krzyczeć nawet po godzinie. Moją głowę rozsadza ciśnienie. Wtedy coś trzaska w tył mojej czaszki. Wszystko zwalnia. Obraz robi się czarny, a emocje, które przed chwilą gościły w moim sercu i umyśle, zostają ze mnie wybite. Ciemność znika, powraca zamglona cela. Troje strażników stoi przede mną i rozmawia. Z trudem rozumiem ich słowa.
- Co z wami, do cholery? - Pyta najstarszy.
- Mam dość wrzasków tego gówniarza – warczy drugi około trzydziestki.
- Niech wrzeszczy. Mason będzie czuła się raźniej. A poza tym, ma wiedzieć, że Everdeen nie przyleci, aby go ratować. Niech wrzeszczy – powtarza śmiejąc się szyderczo.
Obraz czernieje ponownie. Wszystko znowu usypia. Czuję jak wszystko we mnie wrzeszczy. Kolejny raz widzę celę, ale strażnicy stoją teraz koło Dariusa. Słyszę brzęk piłki, ale nie mogę niczego powiedzieć. Dopiero po dłuższej chwili orientuję się, że zakneblowali mi usta. Jezu, czy oni chcą go pokroić, kiedy jeszcze żyje? Słyszę raniący uszy jęk Dariusa, a potem jedynie szloch. Choć wszystko jest rozmazane, to widzę to umysłem. Dostrzegam rozumem jak ostrze piłki wbija się w ciało dawnego strażnika. Jego krzyk rozchodzi się po pomieszczeniu. Choć w moich ustach tkwi jakaś szmatka lub coś takiego, to i tak próbuję błagać, aby przestali. Wynikają z tego jedynie dziwne odgłosy, a zaraz po nich dobiega mnie śmiech białych mundurów. Zaczynam więc wrzeszczeć, napinając wszystkie mięśnie, tworząc ciśnienie, które rozpiera moja głowę. Ryczę bez końca, jak ranny zwierz, z nadzieją, że za chwilę mój organizm nie wytrzyma i umrę. Nie umieram jednak, a zasypiam, czując nicość, która owładnęła mną całym, gdy widziałem, jak piłka powoli odcina uszy, palce, nos, kończyny Dariusa. Mam nadzieję, że zaraz jednak umrę, ale wiem, że po prostu zemdlałem. Jestem wyczerpany i nie wytrzymałem, gdy widziałem jak z każdym nacięciem, z ciała rudowłosego wypryskuje kolejna fontanna krwi. Moje przerażenie wzrasta. Gdyby nie Katniss Everdeen, nie doszłoby do tego. Gdyby nie Katniss Everdeen bylibyśmy bezpieczni. Gdyby nie Katniss Everdeen czułbym się lepiej. Gdyby nie ten zmiech nie byłoby wojny. Gdyby nie ona, moja rodzina wciąż by żyła. Mój umysł powoli zapada w sen, wmawiając bez ustanku, że Katniss Everdeen to mój wróg. Staję się strasznie zmęczony. Muszę pozwolić sobie odpłynąć choć na chwilę...
- Tnij – wrzeszczy groźnie dziewczyna. - Tnij go!

  Spoglądam na swoją dłoń. Mam w niej piłkę, dokładnie taką jak strażnik pokoju. Patrzę pod swoje stopy i widzę... brata klęczącego przede mną. Claus ma zaczerwienione oczy, cały się trzęsie. Słyszę szloch. Podnoszę głowę i widzę moją rodzinę trzymającą się w objęciach, jakby jedni drugich chcieli obronić. Matka gładzi Oscara po głowie i wtula swoją twarz w klatkę piersiową ojca.
- Peeta, proszę – błaga Claus.
- Krój go morderco – słyszę syczenie Katniss Everdeen. - Zabij go, nakazuję, abyś go zabił.
Nigdy nie podniósłbym ręki na żadną osobę z rodziny. Wolałbym sam umierać w męczarniach, niż pozwolić na skrzywdzenie najbliższych. Jednak moja dłoń zaczyna się niebezpiecznie trząść. Palec wciska przycisk na metalowej piłce. Urządzenie zaczyna brzęczeć i wibrować, a mój oddech niebezpiecznie przyspiesza.
- Nie – szepczę do Katniss Everdeen. - Nie. Błagam. Tylko nie to. Błagam.
- Krój go, cholerny tchórzu! - Ryczy zmiech.
Próbuję się powstrzymać, ale moje ręce nie słuchają rozumu. Same zbliżają się do krtani Clausa, a po moich policzkach zaczynają spływać słone, gorące łzy.
- Nie! - Wrzeszczę. - Nie! Błagam! Przestań, proszę!
Piłka zatapia się w ciele Clausa, a ja nic nie mogę zrobić. Brat zaczyna wrzeszczeć z bólu. Jego krew tryska mi na twarz. Także zaczynam krzyczeć. Ryczę jak ranny lew. Czuję się tak ubrudzony i opaskudzony mordowaniem, że mam ochotę sam się zabić. Patrzę jak stopniowo rozkładam brata na części, aż nic z niego nie zostaje. Jest poćwiartowany jak świnia.
- Serce – mruczy Everdeen. - Daj mi jego serce.
Moje ręce posłusznie wykonują rozkaz, choć ja tego nie chcę zrobić. Serce Clausa ląduje na dłoni Katniss Everdeen. Zmiech o wyglądzie dziewczyny przygląda się przez moment narządowi i po chwili zatapia w nim kły. Zaczynam wrzeszczeć jak zarzynany człowiek. Czuję te ukąszenia. Czuję, jak ona zatapia kły w jego sercu. Gdy kończy, pałam do niej taką nienawiścią, że chcę podejść i ją udusić, ale moje ciało nie słucha rozumu. Przede mną stoi młodszy brat, Oscar. Dłonie suną do przodu. Piłka zatapia się w jego czaszce. Trzęsę się, patrzę na mięso, jakie wypełza spod skóry Oscara. I tak dalej, i tak dalej... Ćwiartuję matkę, ojca... Oddaję serca Katniss Everdeen, a ona je pożera. Bez żadnych skrupułów, z uśmiechem na twarzy. Gdy kończy spożywać ostatni narząd, po moich policzkach toczą się łzy. Do rąk wraca władza. Nie idę jednak, aby ją zabić. Przystawiam piłkę do swego gardła. Zdecydowanym szarpnięciem rozrywam sobie krtań i wtedy wszystko robi się czarne.
Jak zwykle, zrywam się na równe nogi i rozglądam po celi, aby upewnić się, że zagrożenie nie czyha za plecami. Co jeśli taka Katniss Everdeen zaczaiłaby się za mną i mnie zabiła? Wiem, że gdy przenoszą mnie tu z ZOG'u, jestem nieprzytomny. Zastanawiam się czy Johannę Mason też tam przetrzymują. Przynajmniej ona nie ratowała mnie dla Katniss Everdeen. To chyba jedyna osoba jakiej mógłbym zaufać. Ale dlaczego kiedyś mówiła, że kocham Katniss Everdeen, a ona kocha mnie?! Co to do cholery miało znaczyć?! Ten zmiech próbuje mnie zabić! Gdy przez głowę przemyka mi ta myśl, wyczuwam niebezpieczeństwo. Odwracam się na pięcie w stronę wroga i dostaję prosto w głowę czymś ostrym, twardym i ciężkim... Zapada ciemność.

- Wiesz, że jeżeli po prostu tu staniesz i będziesz patrzył mi w oczy, to będę miała wszystko, czego pragnę? Nie chcesz patrzeć mi w oczy? Nie dziwię się. Ale po prostu bądź. Bądź obok. Lub zapytam inaczej. Czy ja mogłabym być obok? Pozwolisz mi? Odpowiedz proszę. Nie przeszkadzałabym. Chcę po prostu być blisko ciebie. Wtedy, gdy twoje ręce zamykały mnie w uścisku... Gdy układałeś dłonie na moich plecach... Czułam... czułam, że jestem bezpieczna. Czułam, że twoje ramiona są moim domem. Chciałam cały czas w nich być. Nie rozumiałam tego. Chciałam te myśli wyprzeć, wmawiając sobie, że w ogóle cię nie kocham. Zawsze coś do ciebie czułam. Od tamtego deszczowego dnia, gdy podarowałeś mi chleb, zawsze wiedziałam, że będę twoją dłużniczką po kres naszych dni. Nie miałam pojęcia jak ci się odwdzięczyć... Zawsze stałeś ze znajomymi, a gdyby podeszła do was taka dziewczyna ze Złożyska, to by ją wyśmiali. Bałam się. Wstydziłam się. Odwaga to nie zawsze umiejętność wymknięcia się z domu lub poza dystrykt. Ja nie bałam się wychodzić poza drut kolczasty, ale jak wrzątku mijałam rozmowy z nieznajomymi. Nie chciałam cię zostawiać. Wiesz o tym, prawda? Chcę do ciebie przylecieć i cię przytulić. Powiedzieć, że nie jesteś sam... Ale nie będę cię okłamywać. Nie przyjadę. Nie puszczą mnie. Nie wesprę cię. Jesteś sam i nie zaradzę temu. Chcę być z tobą i ci pomóc, ale nie potrafię, nie umiem. Niech cię Bóg ma w opiece, Peeta. Mam nadzieję, że wyjdziesz z tego bez męczarni lub umrzesz szybko.
Stoję w rogu białego pokoju i patrzę na nią uważnie. W dłoni Katniss trzyma perłę, którą dałem jej na Ćwierćwieczu... Czekam, aż coś zrobi i wtedy powoli unosi połyskującą kuleczkę do ust i ją całuje. Nie wiem dlaczego to robi, ale rodzi się we mnie chęć jej zabicia.
- Kocham cię, Peeta. Wróć do mnie, proszę.
Ona... Ona mnie kocha i prosi abym wrócił? Nie rozumiem. Nie rozumiem kompletnie niczego. Stoję jak wryty. Ale nienawiść przybywa. Jest je coraz więcej i więcej. Nie mogę się powstrzymać. Rzucam się na brunetkę i zaczynam okładać pięściami. Szarooka pada na podłogę, a ja nie przestaję jej bić. Krew dziewczyny tryska na moją twarz. Ten zmiech zabijał mnie tysiące razy. Przez nią zamęczyli Dariusa i Lavinię. To ONA kazała zabić mi swoją własną rodzinę. Ona kazała mi ją poćwiartować!
- Kocham cię – szepcze brunetka.
Jej ciało znika.
Mam dłonie we krwi. Ogarnia mnie strach i przerażenie, bo wiem, że kogoś zabiłem. Katniss Everdee, to pewne, ale są inni. To nie tylko jej krew spływa z moich dłoni. Zamordowałem kogoś, a na moich dłoniach znajduje się krew, której nie da się pozbyć. Chcę wrzeszczeć, ale się powstrzymuję. Myśl racjonalnie, Peeta. Spoglądam na swoje stopy i widzę ubrudzone czerwienią myśliwskie buty. Dostrzegam ścieżkę, która została stworzona z szkarłatnej mazi. Biegnę przed siebie, z nadzieją, że odnajdę rannego i mu pomogę, jeżeli jeszcze żyje, w co wątpię. Biegnę przez las, gałęzie zostawiają szramy na mojej twarzy. Mijam drzewo i nagle zatapiam się w słonym zbiorniku. Jest tu pięknie. Słońce przebija się przez turkusowo-błękitne barwy oceanu, ale ta piękna chwila mija. Tak jak miałem zwyczaj mawiać, cieszmy się chwilami, bo one są najpiękniejsze, nie trwają długo. Moim oczom ukazuje się sterta trupów, które leżą na dnie oceanu, morza czy innego zbiornika, w jakim się znajdujemy. Spoglądam jeszcze raz na dłonie i widzę krew, dużo krwi. Błękit zmienia się w czerwień. Na samej górze, na wierzchołku góry martwych ludzi leży osoba, na której tak bardzo mi zależy, osoba, która nie jest określona, osoba, która nie została jeszcze przeze mnie odkryta. Słyszę głosy. Przerażają mnie, boję się ich, chcę zniknąć, nie chcę ich słyszeć. Proszę, przestańcie, błagam w myślach. Zabiłeś nas, morderca, morderca. Zamordowałeś nas bez skrupułów. Nieprawda! Nie chciałem tego! Zmusili mnie! Wybaczcie, błagam! Chciałem tylko ją uratować, chciałem, żeby przeżyła! Szepty się nasilają. Mój mózg wariuje. Zaczynam dusić się wodą, w której się znajduję. Krztuszę się i próbuję wypłynąć na powierzchnię, ale im bliżej jestem powietrza, tym głębiej się znajduję. Nie daję rady, zaczynam wrzeszczeć, ale pod wodą nawet najgłośniejszy wydany krzyk nie zdoła stworzyć dźwięku. Cisza. Głucha, raniąca. Dalej wrzeszczę, ale nikt nie próbuje mi pomóc. Szepty. Tylko one mnie prześladują. Gdy jestem gotowy na śmierć, czuję delikatny dotyk na czole. Zaciskam oczy, chcę zobaczyć coś innego niż cholerny stos trupów i morze krwi. Czyjeś palce delikatnie jadą po moim ramieniu, potem po policzku. Choć brak powietrza boli, to już nie krzyczę. Znajomy dotyk uspakaja mnie. Nie wiem dlaczego ufam tym dłoniom, ale coś zmusza mnie do powierzenia im mego życia.
- Peeta – cichy głos rozbrzmiewa w mojej głowie. - Spokojnie, już dobrze. Nie bój się...
Mrugam delikatnie powiekami i czekam na obraz, który lada moment się pojawi. Otwieram szeroko oczy, gdy dostrzegam szare tęczówki Katniss Everdeen. Ona chce mnie zabić, pragnie mojej śmierci! Każdy to wie! Ten zmiech chce mnie zamordować, tak jak wszystkich! Mimo tego leżę spokojnie i czekam na jej ruch. Wpatruję się w nią natarczywie, a w oczach tej dziewczyny dostrzegam jedynie radość, nadzieję i miłość.
- To tylko koszmar – mówi spokojnie i gładzi mój policzek grzbietem dłoni. - Pamiętasz? Bronimy się nawzajem.
- Pamiętam – odpowiadam cicho, nawet nie wiem dlaczego.
- Przytulisz mnie? - Pyta cicho. - Tylko raz. Chcę sobie przypomnieć, jak to jest być w domu.
Wyciągam dłonie i obejmuję jej drobne ciało. Zapada cisza. Nie jest ona drażniąca, ani krępująca. Cisza, która zapadła jest kojąca, jest doskonała. Przyciskam ją do swojej klatki piersiowej, a przez serce przechodzi uczucie jakiego dawno już nie czułem. Pierwszy raz od tygodni pragnę mieć ją przy sobie. Jest taka ciepła, bezpieczna... Bezbronna... Moje natarczywe spojrzenie zmienia się w łagodne i delikatne. Nie rozumiem już kompletnie niczego, gdy na moich ustach wykwita uśmiech. Moja dłoń mimowolnie przesuwa się i ostrożnie gładzi policzek Katniss Everdeen. Jej palce wbijają się w moje włosy i gładzą głowę. Jej ramiona otaczają mnie bezpieczeństwem. Wtulam twarz w jej bark i pragnę, aby ta chwila się nie skończyła, ale wtedy dochodzi nas gwałtowne walenie do drzwi. Katniss delikatnie puszcza moją głowę, a ja dostrzegam na jej twarzy strach, ale także determinację. Wiem, że przyszli po mnie. Ją w najlepszym wypadku zabiją. Mnie chcą żywego. Chcą mnie jeszcze męczyć i wmawiać, że ona mnie nienawidzi. Dziewczyna patrzy zawzięcie na drzwi, ale na chwilę spogląda mi w oczy i szepcze:
- Pamiętaj, ty kochasz mnie, ja kocham ciebie, a oni tego nie zmienią, nawet jeśli pokażą nas jako największe potwory. Bez względu na wszystko będę cię koch...
Przez wyważone drzwi do pokoju wpada banda strażników. Zrywam się i chcę osłonić Katniss Everdeen własnym ciałem, choć próbowała mnie zabić i zmusiła mnie do zamordowania rodziny. Szarooka dziewczyna uprzedza mnie i jej ciało pełni funkcję tarczy dla mojego. Wtedy prosto przez serce mojej sojuszniczki przechodzi włócznia, a mnie przeszywa ból, że ją straciłem. Nie ochroniłem jej. Strażnicy, jakby zaklęci w czasie, stoją i czekają. Delikatnie unoszę jej głowę, biorę ją w ramiona, a po moich policzkach toczą się łzy przerażenia.
- Proszę. Nie, nie... Błagam, zostań ze mną. Proszę – szepczę błagalnym tonem.
- Będzie dobrze – na jej ustach pojawia się delikatny uśmiech, a dłoń dziewczyny ponownie gładzi mój policzek. - Kocham cię.
Głuche grzmotnięcie. Spadam z łóżka i pół przytomny zrywam się na baczność, gdy dochodzi mnie walenie do drzwi. Barykada się uchyla, a mnie oślepia rażące światło.
- Mellark – warczy strażnik. - Idziesz na wywiad – mówi, podchodząc do mnie i szarpiąc za ramię.
Wychodzimy na korytarz i wtedy dziwię się, ponieważ skręcamy w inną stronę niż zawsze. Srażnik miota mną o ścianę i zaczyna warczeć.
- Stój tu i czekaj, aż prezydent cię zaprosi. Gdy spróbujesz uciec, zostaniesz porażony prądem. Teraz czekaj.
Wysoki mężczyzna odchodzi, a ja stoję i tępo wpatruję się w jego plecy, które znikają za zakrętem. Słyszę jednak jeszcze jakiś czas stukot jego butów. Wtedy dochodzi mnie czyjś głos. Chyba krzyczy.
- Nie! Nie! I jeszcze raz nie! - Warczy nieznana mi osoba, której nie dane jest mi zobaczyć.
- Niech pan posłucha, jak inteligentny człowiek. Rebelianci nie będą się niczego spodziewać. Będą potrzebować przynajmniej czterdziestu sekund, aby zapewnić bezpieczeństwo ludziom. Dystrykt Trzynasty w żadnym wypadku nie zdąży wysłać ani jednego poduszkowca, na co potrzebowaliby piętnastu minut. Poza tym będą za bardzo zajęci wchodzeniem nam w paradę podczas prezentacji – rozpoznaję głos Snowa.
- Niech będzie. Zaufam ci – mówi ktoś niechętnie. - Masz ode mnie dwa tuziny poduszkowców.
- Dziękuję - odpowiada zadowolony prezydent. - A teraz wybacz, ale mam gościa.
Zapada grobowa cisza, więc przestaję momentalnie nasłuchiwać i staję szybko po drugiej stronie korytarza wyprostowany na baczność. Drzwi się uchylają, a moim oczom ukazuje się prezydent.
- Zapraszam, panie Mellark – oznajmia, wskazując dłonią, abym wszedł.
Wkraczam niepewnie do apartamentu Snowa i od razu wyczuwam odór róż. Nie zwracam uwagi na żadne meble, ozdoby i inne rzeczy
. Patrzę tylko i wyłącznie na twarz Snowa.
- Panie Mellark – zaczyna prezydent. - Dziś odbędzie się ostatnia prezentacja z twoim udziałem. Chciałem osobiście ci podziękować za taki duży wkład w nasz system. Jestem ci naprawdę wdzięczny. Ale przejdźmy do rzeczy. Dziś nie będziesz układał własnego scenariusza. Dzisiaj napisałem osobiście to, co masz powiedzieć.
Snow wręcza mi kopertę, a ja ją otwieram i wyciągam jeszcze jedną karteczkę. Studiuję szybko słowa i rozchylam lekko usta z przerażenia.
- Jak ja mam do cholery mówić do tej zdrajczyni?! Myśli pan, że wypowiem imię tego zmiecha?! - Krzyczę, choć wiem, że to niestosowne w obecności prezydenta.
- Panie Mellark, proszę, spokojnie. Wiem, że to będzie trudne. Jednak, jeżeli wykona pan zadanie dobrze, zwolnimy pana i wypuścimy na wolność.
Nie chcę się zgodzić, ale słowo
wolność jest jakby na wyciągnięcie ręki. Zastanawiam się chwilę.
- Zgadzam się – mówię w końcu.
- Bardzo dziękuję – odpowiada Snow. - Teraz niech pana upiększą, a następnie będzie miał pan czas na nauczenie się słów z kartki. Do widzenia.
- Do widzenia.
Wychodzę z apartamentu otępiały. Wraca sen. Przecież miałem się odpłacić za ocalenie życia, a teraz nie potrafię wypowiedzieć jej imienia? No właśnie, to był sen, ona ocaliła mnie tylko w śnie. Ale... co jeżeli te wszystkie morderstwa, jakie zostają mi ukazane są też snem? Nastąpi bombardowanie. Mogę na wywiadzie jakoś wyznać, że wyślą poduszkowce. Wtedy ocaliłbym nie tylko Katniss Everdeen, ale także setki ludzi. Wtedy moja ingerencja przydałaby się nie tylko dla niej. Nawet nie zauważam, gdy trafiam do studia wymizerniałej Portii. Kobieta posyła mi blady uśmiech, ale wcale się nie odzywa. Nakłada na moją bladą twarz masę pudru, układa włosy i pomaga ubrać się w nieskazitelnie biały strój.
- Peeta, posłuchaj – jej głos zdradza, że jest bliska płaczu. - Każą mi to przymocować, nie mam wyjścia – oznajmia pokazując coś podobnego do grotu strzały o bardzo zaostrzonym czubku. - Musisz cały czas być wyprostowany i mieć wysoko uniesioną głowę, tak jak Kapitolińczycy. Bo jeżeli opuścisz ją, to grot przebije twoją krtań. Rozumiesz?
- Rozumiem – odpowiadam i przełykam ślinę.
Portia mocuje urządzenie tuż pod moją krtanią, na kołnierzu. Żegnam się z nią i zostaję zaprowadzony do studia Caesara, w którym odbył się ostatni wywiad po zwyciężeniu 74. Igrzysk Głodowych. Pamiętam, że pokój był cały biały. Jedynie czerwona kanapa zmieniała wystrój pomieszczenia. Teraz widzę białe ściany oraz podłogi. Na środku stoi srebrzysty stół z dwoma krzesłami przy nim w tym samym kolorze. Widzę, że technicy sprawdzają sprawność elektronicznego stołu, na jakim raz po raz wyświetlają się fragmenty Panem. Podchodzę do stołu i siadam na jednym z wysokich krzeseł. Zaczynam uczyć się na pamięć słów, jakie mi podyktowano, a jednocześnie toczę walkę z myślami. Powiedzieć o bombardowaniu czy nie, powiedzieć czy nie? Mija sporo czasu, aż w końcu do pomieszczenia wchodzi Snow. Bez słowa siada na krześle. Spogląda prosto w moje oczy i mrozi mnie wzrokiem. Nawet nie słyszę pierwszych słów reżysera. Dociera do mnie tylko:
- Sir, jesteście na antenie za trzy, dwa, jeden...
- Drogi narodzie! Witaj! Witajcie mieszkańcy Panem! - Głos Snowa jest nadzwyczaj spokojny. - Od Mrocznych Dni mamy na celu tylko utrzymanie pokoju. W naszym państwie panuje wyjątkowy system, który ma zadanie nas wszystkich chronić. Dystrykty są ciężko pracującym ciałem. Kapitol – sercem. Za wasze poświęcenie, w zamian karmimy was i chronimy. Ale jeżeli sprzeciwicie się władzy, obalicie cały system, zostaniecie ukarani. Każdy ponosi konsekwencje, jeśli nie jest posłuszny. Chcemy temu zapobiec i żyć w zgodzie. Panem dzisiaj! Panem jutro! Panem na zawsze!
Zjeżdżam wzrokiem w lewo i patrzę na środek obiektywu, tak jak mi kazano. Nie wiem dlaczego to robię. Coś mi podpowiada, aby ich słuchać. Wystukuję niespokojny rytm o metalowy szczebel przymocowany do wysokiego krzesła, na jakim siedzę. Zaciskam pięści. Spokojnie. Powiedz to co kazali i będzie po wszystkim. Raz możesz zwrócić się do tego miecha po imieniu. Ale co mam zrobić. Obiecałem sobie, że muszę jej się odwdzięczyć. Muszę. Ona mnie uratowała. Nie wiem czy to było złudzenie czy prawda. Ona poświęciła dla mnie życie, osłoniła mnie przed włócznią. Ale ten cholerny zmeich kazał mi ćwiartować braci i rodziców! JAK MOGŁA!? Rodzi się we mnie kolejna porcja złości. Nie wiem co myśleć. Powiedzieć jej o bombardowaniu czy nie? Nie wiem. Nic kompletnie nie wiem. CO ZROBIĆ? Proszę, niech ktoś mi podpowie. Moje niezdecydowanie rośnie, na czoło wstępują krople. Nerwowe poty, co Snow?, pytam się w myślach. Skupmy się teraz na tym co mówi prezydent. Decyzję podejmę za chwilę.
- Panie Mellark – zwraca się do minie Snow. - Prosiłbym o zaprezentowanie zniszczeń, jakie ponieśliśmy.
- Dziękuję, Prezeydencie Snowie – odpowiadam, zaciskając zęby, aby nie wybuchnąć. - Każdy dystrykt poniósł wielkie straty. Rebelianci zmusili Kapitol do wysłania poduszkowców z bombami zapalnymi do poniektórych dystryktów. Władza nie miała także wyjścia i do Szóstki oraz Dziesiątki przewieziono kilkuset strażników pokoju – wyjaśniam, a na czole pojawia się coraz więcej kropel. - W Dystrykcie Siódmym została zburzona tama i wymaga natychmiastowej odbudowy - na elektronicznym stole wyświetla się hologram Siódemki. - W Dystrykcie Dziesiątym został wykolejony pociąg. Zniszczone zostały także cysterny z trującymi płynami. Wielu ludzi zginęło, bo znalazło się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze – hologram Dziesiątki. - W Dystrykcie Dziewiątym rebelianci wywołali pożar największego spichlerzu w Panem, który niedługo potem został zburzony dla bezpieczeństwa ludzi – oczom widowni ukazuje się Dziewiątka.
Nagle w mojej słuchawce rozchodzi się bolesne trzaśnięcie, które rani ucho. Okropny ból trwa zaledwie sekundę. Jednak teraz widzę coś strasznego. Na ekranach w studiu Caesara ukazuje się pogorzelisko piekarni, w której dorastałem. Patrzę tępo na Katniss Everdeen, która przycupnęła nieopodal ruin budynku. Rozchylam lekko usta, bo jestem w takim szoku, że nie da go się opisać. Wyprowadzili mnie z równowagi. Udało się im. Już widzę radość rebeliantów. W moim sercu rodzą się sprzeczne sobie uczucia. Nienawiść, która bije do Katniss Everdeen. Jakim prawem stoi tam, gdzie zapewne są szczątki moich bliskich?! Czuję także... współczucie i ból. Ból wywołany obrazem szczątków piekarni, a współczucie... Katniss ma podkrążone oczy, są smutne. Jej niezgrabny warkocz, leżący na plecach rozwalony warkocz... Jej blade, szare oczy spoglądają prosto w moje. Przypominam sobie, jak mówiła, że mnie kocha. Przypominam sobie sen... Wracamy na antenę. Wszystko jakby pryska, a ja znajduję się w studiu i mówię na niekorzyść rebeliantów... Patrzę tępo w kamerę,a prezydent Snow ruchem ręki wskazuje, abym kontynuował. Początkowo delikatnie się jąkam, ale już po chwili mówię płynnie.
- Natomiast w Dystrykcie Czwartym wysadzono w powietrze zakład uzdatniania wody...
Ponowny trzask, jakby jakiś karabin zaczął strzelać. Na ekranach, jak na życzenie, pojawia się Finnick Odair. Ten cholerny zdrajca! Ten, który ratował mnie, aby Katniss Everdeen mogła mnie zamęczyć. Moje dłonie niebezpiecznie się pocą. Oddycham nerwowo. Jeżeli Annie będzie zmuszona, aby z nim być, to ją mu odbiorę, aby także cierpiał. Jeżeli jednak dziewczyna dobrowolnie z nim zostanie, pogodzę się z tym. Mam ochotę zacząć wrzeszczeć, gdy Odair mówi o Rue. Po chwili jednak cały przekaz diabli biorą, bo specjaliści z Kapitolu zapewne próbują odeprzeć atak rebeliantów. Nie są na to przygotowani, a buntownicy najwyraźniej tak, ponieważ zaczynają puszczać pięcio-, dziesięciosekundowe materiały. Patrzę, jak oficjalna prezentacja zamienia się w sieczkę okraszoną wyborem scen z propagit rebeliantów. Nagle wszystko gaśnie. Po kilku sekundach pojawia się godło Kapitolu. Widzę na małym monitorze na stole to, co ludzie widzą w telewizji. Przez dwadzieścia sekund nie ustaje jednostajny dźwięk kontrolny. Z reżyserki dobiega nas wołanie.
- Panie prezydencie, atak został odparty. Wchodzicie na antenę za trzy, dwa, jeden...
Ponownie widzę siebie i Snowa na małym ekraniku w stole elektronicznym.
- Drodzy Państwo, najwyraźniej rebelianci próbowali dostać się do naszego systemu, ale atak został odparty przez naszych sprawnych techników. Buntownicy najwyraźniej chcą zakończyć przekaz, ponieważ pragną zapobiec wypłynięciu informacji szkodliwych dla nich. Przysięgam jednak, że prawda i sprawiedliwość nadal będą rządzić. Pełny przekaz będzie wznowiony wkrótce po tym, gdy zostaną przywrócone środki bezpieczeństwa – podsumowuje Snow. - Panie Mellark – zwraca się do mnie, a ja czuję się kompletnie zbity z tropu. - W związku z tą wieczorną ingerencję rebeliancką chciałby pan przekazać coś Katniss Everdeen na pożeganie?
Przedstawienie czas zacząć. Moje serce bije jak młot. Boję się, ze coś pokręcę. Jej samo imię będzie najcięższe. Katniss. Powiedz po prostu Katniss.
- Katniss... - biorę głęboki wdech. - Jak twoim zdaniem to się skończy? Co pozostanie? Nikt nie jest bezpieczny, ani w Kapitolu, ani w dystryktach.
Czas jakby staje. To moja chwila. Peeta, zadaj sobie pytanie. Co łączy ciebie i Katniss Everdeen? Przez przez myśli przebiega mi każdy obraz jej twarzy. Uśmiech, łza, wszystko. Ona w moich ramionach, jej usta stykające się z moimi, a podczas tego filmu w głowie słyszę głos Johanny Mason, której mogę ufać.
Ty kochasz Katniss Everdeen, a ona kocha ciebie. Wtedy wraca sen. Ona skacze i mnie osłania przed włócznią. Jej koszulka robi się czerwona. A ona sama wypowiada tak bijące w serce Kocham cię. Trzęsę się cały. Pomyśl, chcesz jej śmierci czy życia? Muszę spłacić dług, odpowiadam sam sobie. Za sekundę zorientują się, że powiesz coś innego, pospiesz się. Tylko ten jeden raz, potem będę mógł ją zabić. Tylko raz.
- A ty... W Trzynastce... - chyba ją kocham. Wszystko zaczyna błyszczeć, widzę jej sylwetkę stojącą na widowni. Jej nerwowy oddech udziela się także mnie. Robię to, bo cię kocham, Katniss. I tak jestem martwy. - MARTWA PRZED ŚWITEM! - Wrzeszczę na całe gardło, wstając przy tym.
- Koniec tego! - Dobiega mnie zmętniały rozkaz Snowa.
Następuję kompletny chaos, gdy rebelianci zaczynają puszczać zdjęcia z innej propagity. Wtedy czas jakby się zatrzymuje. Sylwetka Katniss Everdeen stojąca na estradzie zbliża się do mnie. Patrzę na nią, rozchyliwszy delikatnie usta. Dziewczyna się uśmiecha, podchodzi do mnie i delikatnie chwyta moją dłoń.
- Dziękuję – szepcze, a jej głos odbija się od ścian tworząc echo, które cichnie i cichnie...
Krzyk z widowni, która dziś była prawdziwa, ściąga mnie do tu i teraz. Patrzę na rozszalałe stado ludzi, którzy nie wiedzą co robić. Widzę jak ktoś zaczepia się o kable podłączone do sprzętu. Kamera pada na kafelki. Wtedy czas ponownie zwalnia. Wyczuwam zagrożenie, słyszę każdy szum, czuję każde uczucie innych. Odwracam się gwałtownie, a moim oczom ukazuje się prezydent Snow, który unosi swoją laskę zakończoną srebrną koroną. Zanim zdążę pojąć sytuację, laska gwałtownie opada, uderzając mnie z impetem prosto w skroń. Czuję ból. Okropny ból. Z mego gardła wydobywa się okrzyk ranionego zwierza. Czuję rozerwaną skórę, z której tryska krew. Rozmazane, czerwone krople na białych kafelkach tuż przed kadrem wywróconej kamery. Patrzę tępo na urządzenie, czując jak moje ciało słabnie. Wtedy nadchodzi kolejny cios w tył głowy. Wszystko wiruje, a przeze mnie przechodzi miażdżący ból, bo trzaskam głową o idealną biel podłogi. Zapada przerażający mrok.

- Obudź się... - syczy pogodnie. - Wstawaj Mellark...
Powoli podnoszę powieki, bo dochodzi do mnie okropny odór. Mrugam oczami, ponieważ oślepia mnie jasne światło lampy żarowej.
- Widzisz? - Pyta Katniss wskazując na ludzi zakutych w kajdany. - Nie uratujesz ich. I tak ich zabiję. Pragnę ich śmierci – w moich uszach rozbrzmiewa szyderczy śmiech.
Mam otwarte szeroko oczy, bo nie wierzę w to co mi się ukazało. Setki mieszkańców z Dwunastki stoi na kolanach, ręce ma nad głową zakute w kajdany. Słyszę płacze, jęki.
- A teraz popatrzysz jak ich wszystkich wyrzynam – oznajmia z uradowaniem Katniss Everdeen. - Co do jednego.
Zmiech w postaci dziewczyny podchodzi do pierwszego rzędu. Wyrywa z koszyka stojącego obok jakiejś kobiety niemowlę. Trzyma dzieciaka za maleńką główkę.
- Nie – zaprzeczam stanowczo, gdy dłoń z nożem unosi się na poziom ten sam co szyja niemowlęcia. - Nie! - Wrzeszczę, bo nóż zostaje przystawiony do gardła dziecka. - NIE! - Ryczę, gdy głowa zostaję bezkarnie odcięta od reszty ciała.
Patrzę, jak krew wypływa z ciała dziecka. Po moich policzkach toczą się łzy. Katniss powtarza czynność, podchodząc do małej dziewczynki. Nóż przy gardle, a potem odcinana głowa. Szarpniecie za szarpnięciem, wrzask bólu za wrzaskiem. Mała umiera w męczarniach, gdy jej gardło tną. Katniss Everdeen podchodzi do każdej osoby. Do dzieci, starców, młodych, starych. Każdemu w męczarniach zostaje odcięta głowa, ponieważ zmiech robi to nożem, nie siekierą lub gilotyną. Głowy z otwartymi oczami wpatrują się z wyrzutem. Najgorsze z tego wszystkiego jest jednak to, że nie mogę jej powstrzymać. Coś mnie trzyma i nie mogę się wyrwać. Płaczę, bo ją uratowałem, a ona tak się odwdzięcza. Katniss Everdeen zasługuje na śmierć i ją dostanie. Ale teraz się to nie liczy. Teraz liczą się setki ludzi, którym zostają ucięte głowy. Widzę jak pada ostatnia osoba. Moje ciało przeszywa bezlitosny ból. Zmiech podchodzi do mnie. Uśmiecha się, przejeżdża dłonią po moim policzku, jakby go gładziła. Potem idzie za mnie, a ja nie potrafię się odwrócić. Zaczynam bardzo szybko oddychać, bo boję się co stanie się z moimi plecami. Wtedy jej dłoń chwyta mój podbródek, nóż natomiast zostaje przystawiony do gardła. Zaciskam zęby i czekam na męczarnie.
- Widzisz jak to jest mi pomagać? - Pyta szyderczo. - Dziękuję ślicznie.
Katniss Everdeen podrzyna mi gardło jak dla świni. Nie wierzę, że dałem się jej omotać. Zabiję tą sukę własnymi rękoma. Czerń.

Głuche grzmotnięcie. Spadam z łóżka i pół przytomny zrywam się na baczność, gdy dochodzi mnie walenie do drzwi, ale zupełnie inne niż przed wywiadem. Tym razem wokół panuje chaos. Patrzę na czerwoną, migającą lampkę nad moim łóżkiem, która wydaje ciągły modulowany dźwięk syreny. Walenie do drzwi nie ustaje, ich drżenie narasta. Przez głowę przebiega mi tysiąc myśli. Zaraz umrę. Co się dzieje? Oby innym nic się nie stało. Tylko niech śmierć będzie szybka. Nie poddam się jednak bez walki. Staję w obronnej pozycji, uspakajając oddech. Teraz albo nigdy. Drzwi padają na podłogę, a mi ukazuje się jakiś żołnierz w czarnym mundurze z kominiarką i hełmem na głowie. Spoglądam na jego pierś i widzę wyszytą cyfrę
13. Nie obchodzi mnie to jednak. Biegnę wprost na niego, zaciskając zęby. Chwytam tą osobę za mundur i przyskrzyniam do ściany. Czuję jak moje nozdrza niebezpiecznie się rozszerzają. Zaciskam i szczerzę zęby, aby wzbudzić strach w przeciwniku. Nie jestem w stanie jednak przytrzymać jego rąk i dlatego jedna z nich się unosi. Myślę, że nadejdzie cios, ale żołnierz sprawnym ruchem zrzuca kask i szybko ściąga kominiarkę. Wtedy przeżywam szok.
- Peeta! - Mówi. - Peeta, do cholery, co robisz?! - Krzyczy Gale.
Patrzę w jego oczy i nie mogę puścić munduru Hawthorna, bo jestem w zbyt dużym szoku. Wtedy czuję gaz, który napływa do moich nozdrzy, ust, oczu... Wszystko robi się takie rozmazane... Moje dłonie stają się bezwładne, więc swobodnie opadają na boki mego ciała. Widzę, jak jego dłoń przyciska sobie do twarzy maskę przeciwgazową. Wszystko przyspiesza, ale dopiero po chwili orientuję się, że spadam. Walę głową o podłogę i zasypiam, wszystko jest czarne...

Moje powieki powoli się unoszą. Jak zwykle razi mnie jasne światło. Jestem gotowy na kolejny koszmar, ale... Dostrzegam nachylających się nade mną ludzi. Czego chcą? Kim są?
- Panie Mellark, jest pan w Dystrykcie Trzynastym, a to nasz szpital – oznajmia kobieta w białym fartuchu. - Niech pan się nie boi. Jesteśmy lekarzami.
Kiwam głową, ale nadal się boję. Może coś mi zrobią, co będzie mogło skrzywdzić moją rodzinę lub innych?
- Proszę usiąść – mówi mężczyzna o siwych włosach.
Powoli się podnoszę, a wtedy wraca do mnie wszystko, ale z taką siłą, która powoduje, że padam. Nie poddaję się jednak. Choć czuję przemęczenie i wyczerpanie, to wstaję i siadam. Kobieta i mężczyzna migają mi po oczach latarkami. Mierzą mi tętno, które jest umiarkowane. Potem lekarze przyglądają się masie nakłuć w zgięciach moich łokci. Sam się na początku dziwię co one tam robią, ale wtedy przypominam sobie mój cel. Jestem w Trzynastce, a tu jest także ta morderczyni. Muszę ją odnaleźć i zabić. Nie będę gwałtowny, nie dam się powstrzymać z winy zapalczywości. Siedzę i tępo wlepiam oczy w dłonie ludzi, którzy mnie badają, rozmyślając nad rodzajem śmierci tego zmiecha. Wtedy dochodzi mnie trzask otwieranych drzwi. Podnoszę głowę i ją widzę. Uśmiecha się i ma łzy w oczach. Zaczynam nerwowo oddychać. Ona sama do mnie idzie, no nie wierzę. Nie muszę nawet jej gonić. Zaraz cię zabiję. Zaraz zginiesz cholerna suko. Odsuwam ręką lekarzy, a oni nie stawiają oporu. Zrywam się jak poparzony i zaczynam biec w jej stronę. Wiem jak ją zabiję. Uduszę ją. Niech się męczy. Niech wie jak boli męka. Katniss Everdeen jest jeszcze bardziej poruszona, jest już prawie przede mną. Układa usta i chyba... chyba chce wypowiedzieć moje imię, ale nie pozwalam jej. Moje dłonie zaciskają się z jak największą siłą na jej gardle. Czuję ulgę, satysfakcję. Widzę jej twarz, która robi się blada, potem czerwona, a następnie... Nadchodzi cios, który powala mnie na podłogę. W kark wbija się igła. Słyszę krzyki. Chcę się podnieść i dobić Katniss Everdeen, ale zasypiam. Wiem, że będę musiał dopełnić swoje zadanie. Dla tych wszystkich, których zabiła i tych, których zabije.

Wszystko było takie bezwartościowe,
Nie zasłużyłem na to,
Lecz dla mnie byłaś perfekcyjna.
Jestem rozproszony przez to życie,
Jeśli to jest życie, to powiem żegnaj,
Ona zniknęła jak anioł,
Ze skrzydłami, pozwólcie mi dziś wieczorem płonąć!





















18 komentarzy:

  1. straszna co musiał przejść Peeta w Kapitolu ** warto było czekać ** czekam na następną notkę <aneta

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi się wydaje, czy czekałaś z dodaniem notki na urodziny Sama Claflina? A rozdział jest super

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku one-shot miał pojawić się 1 czerwca z okazji dnia dziecka, ale wtedy byłaby połowa tego, co napisałam. Z mojej głowy wyszło jeszcze 11 stron i właśnie zastanawiałam się kiedy będzie dobry moment. I dziś jest wyjątkowa. 1. Zakończenie roku szkolnego. 2. Urodziny Sama Claflina. 3. Niedawno została przedstawiona Wiadomość Prezydenta Snowa, która zwiastuje trailer. Więc sądzę, ze okazja była dobra :)

      Usuń
    2. no i dzisiaj jest jescze jego pierwsza rocznica ślubu :D
      znaczy się Sam Claflina

      Usuń
  3. Nareszcie... warto bylo czekac... biedny Peeta :( kiedy planujesz nastepna notke ? Ja juz czekam super piszesz!

    OdpowiedzUsuń
  4. Biedny Peeta.Notka swietna jak zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale się jaram;)Notka super!/Poola

    OdpowiedzUsuń
  6. Jejciu, warto było czekać na taką notke :3

    OdpowiedzUsuń
  7. Boze, piekna. ;(
    peeta-katniss.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  8. Zagięłaś mnie... Długością i treścią. Musze przyznać, że się niecierpliwiłam, ale teraz uważam, że warto było czekać.
    Nie wiem co powiedzieć, ale każdy opis, każda myśl Peety i odczucie wobec ukochanej były przedstawione tak realistycznie, że momentami chciało mi się płakać. Niesamowite, na prawdę. Każda tortura Mellarka, każdy ruch Capitolu był pełen okrucieństwa. Świetnie przedstawiłaś to jak z nim walczył, ale tez to jaki był bezradny wobec takiego ataku nie tylko fizycznego, ale i psychicznego.
    Dziękuje za tę notkę i czekam na kontynuację historii Katniss i Peety;)

    OdpowiedzUsuń
  9. O mój Boże! To było długie! Ale warto było przeczytać, warto.
    P.S. Zostałaś nominowana do The Versatile Blogger Award! Więcej informacji u mnie! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Witam za jednyn razem przevzytalam wszystko. Jestem pod wrazeniem. To wszystko tak pieknie opisalas...tak prawdopodobnie. Gratuluje talentu do pisania i zycze weny :D riihne

    OdpowiedzUsuń
  11. Nareszcie moja upragniona notka!Boże...żadne słowa nie mogą opisać tego co teraz czuje.Zaskoczyłaś mnie w notce długością i perfekcyjną perfekcyjnością.To wszystko było opisane tak realnie...każdy dzień i każde zdanie.Warto było czekać i warto było to przeczytać!Z ogromną ciekawością czekam na dalsze losy Peety i Katniss.
    P.S. Udanych wakacji <3

    OdpowiedzUsuń
  12. Zamierzasz pisać dalej czy poprzestałaś na tym cudzie ? :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Kiedy będzie coś nowego? :D / kret :d

    OdpowiedzUsuń
  14. Czekam na więcej i mam nadzieję, że odwiedzisz także mojego bloga http://doostaniejkropli.jimdo.com/

    OdpowiedzUsuń
  15. kiedy następna wciągneło mnie i to mocno jak chcesz to wpadaj do mnie http://katnisspeetadalszelosy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  16. I love the concept art! And, I really liked the way the movie brought light to the world-building of district 13. I hadn't really visualized the weaponry as much when I read the book, and the militarization of the whole facility is perfect. I am disappointed that they split Mockinjay into two movies, but to resolve the Peeta issue, I guess it makes sense. There's a lot of character arc to develop yet. Watch Hunger Games Mockingjay Part 2 online Free

    OdpowiedzUsuń